wtorek, 22 grudnia 2015

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

ŻYCZĘ WAM JAK NAJMNIEJ FRUSTRACJI
I JAK NAJWIĘCEJ MIŁOŚCI

na te kilka dni, dzięki którym wydaje się, 
że świat wcale nie jest 
taki zły!

Kto wie, może i nie jest.
Nie jedzcie za dużo, za to często sobie mówcie, że się kochacie.
Pijcie z umiarem i w dobrym towarzystwie. 
Seks uprawiajcie bez opamiętania
i cieszcie się sobą nawzajem.

A ja wracam po Nowym Roku...,
a przynajmniej mam taką nadzieję.


wtorek, 15 grudnia 2015

Jak przygotować się na święta, cz. 4. Stanowcze NIE! szperaczom prezentów

Widzieliście "To właśnie miłość"? Na pewno. Ponoć nawet maratony oglądania tego cholerstwa robią. W każdym razie jest tam taki wątek: Alan Rickman i Emma Thompson są małżeństwem. Nie przeszkadza to jednak Rickmanowi kupić dla seksownej jak jasna cholera sekretarki prezentu pod choinkę. Z tego, co pamiętam, była to mega bajerancka biżuteria. Prezent, niestety, wyszperała Emma Thompson i od razu uznała, że to z pewnością prezent dla niej. O, jakież było jej zdziwienie, gdy od mężusia otrzymała zupełnie co innego. A potem to już klasycznie: rozgoryczenie, smutek, łzy, rozczarowanie.

Wiadomo: kupowanie dla dużo młodszej koleżanki z pracy prezentu bożonarodzeniowego to dość ryzykowne posunięcie. Zwłaszcza, gdy jest się żonatym. Lecz mnie podczas oglądania tego fragmentu nachodzi zawsze inna refleksja:

środa, 9 grudnia 2015

Jak przygotować się na święta, cz. 3. Pogoda

Kolejna zima, a śniegu ni ma - śpiewał przed laty żywy klasyk Kazimierz Staszewski. Inny klasyk mruczał: I dreaming of a White Christmas, i co roku, kiedy słyszę owe wersy w radiu, zastanawiam się, czy nie jest to przypadkiem piosenka o moim regionie Polski. Nie wiem, jak u was, ale u mnie nie było białych świąt od... dobrych pięciu, albo i sześciu lat.

Mym osobistym rytuałem stało się grudniowe sprawdzanie prognozy długoterminowej oraz łudzenie się nadzieją, że w tym roku może, może z dwa płatki śniegu spadną. Byle było trochę jaśniej w tym i tak ciemnym grudniu. Niestety, póki co zapowiada się kolejna jesienna gwiazdka.

Nienawidzę tej grudniowej ciemnicy. Gdy zawożę córkę do przedszkola, jeszcze jest ciemno, gdy wracam z pracy do domu, już jest ciemno. Są dni, że światło jest włączone cały dzień. Są takie poranki, które sprawiają wrażenie, jakby słońce już nigdy nie miało wzejść. Nie bez powodu Boże Narodzenie usytuowano w grudniu. Wyobraźcie sobie ten miesiąc bez światełek na rynkach, bez kolorowych świerków i bez tej nadziei, że oto znowu nadchodzi kilka wyjątkowych dni w roku. Bez świąt grudzień byłby remakiem listopada, lecz o wiele mroczniejszym i smutniejszym od pierwowzoru.

Tylko tego śniegu brak. W TV George Michael tarza się już w białym puchu i śpiewa "Last Christmas", w każdej reklamie Mikołaj popierdala po niebie saniami, by wreszcie wylądować na jakimś ośnieżonym dachu, a ja patrzę przez okno i widzę tylko jesienną słotę, mgłę i dymy z kominów. Kurwa, jak smutno w takim krajobrazie wyglądają choinki. Brak mi może nie tyle śniegu, ile słońca.

Marudzę, nie? Ostatecznie wiem przecież, że nie o śnieg w tym wszystkim chodzi, nie o Mikołaja, nie o prezenty, lecz o tych, z którymi usiądziemy 24 grudnia wspólnie do stołu...

W tym roku wigilię spędzam u teściów.

piątek, 4 grudnia 2015

Spać! Idź spać!

Nic tak nie przyspiesza tętna, nie pobudza do życia i nie sprawia tyle wysiłku, co ułożenie trzylatki do snu. Zaczyna się od:
- Dobra, Ola, czas na kąpiel.
- Ale ja jeszcze nie chcęęę!
- Szybko się wykąpiemy i będziesz mogła się dalej bawić.
- Ale ja nie chcę!!
Przekomarzanie trwa zazwyczaj dość długo. W końcu zapada ostateczne:
- Liczę do trzech. Jeśli w tym czasie nie udasz się do łazienki, to od razu po kąpieli idziesz spać. Bez bajek, bez czytania. Koniec!

środa, 2 grudnia 2015

Jak przygotować się na święta, cz. 2. Zakupy

Nie no, kuźwa, na samo wspomnienie mnie skręca.

W tym roku miało być inaczej, a było jak zawsze. Powinienem się już przyzwyczaić. Wpierw obiecujemy sobie, że tym razem uwiniemy się z kupnem prezentów jeszcze przed największą falą najazdów na centra handlowe, potem dokładnie obmyślamy, co kupić każdemu z rodziny. Wreszcie wybieramy miejsce, w którym te wszystkie rzeczy zdobędziemy, bo, wiadomo, zakupy chcemy zrobić jak najszybciej i w miarę tanio.

Po takich przygotowaniach jestem niemal spokojny, niemal wierzę, że zrealizujemy nasz plan sprawnie. Tym razem damy radę. Tym razem wydamy mniej. Tym razem... dupa, dupa, dupa!


piątek, 27 listopada 2015

Jak przygotować się na święta, cz. 1

W kultowej komedii "Christmas Vacation" pada cudowna sentencja: "Kochanie, są święta, wszyscy musimy pocierpieć!" Bo święta to w dużej mierze niewygoda, uwieranie, bieganina, szarpanina, mocowanie się z domowym budżetem, z oczekiwaniami innych oraz z jak co roku kurewsko mocno poplątanymi lampkami ozdobnymi (do domu i na zewnątrz).

Dlaczego wspominam o tym już dziś? Przecież jeszcze listopad. Nie ważne! Jutro pierwsza tura przedświątecznych zakupów! Trzymajcie za mnie kciuki.

A dylematów świątecznych jest zawsze więcej, niż się człowiekowi na pierwszy rzut oka wydaje. Poczynając od trywialnego: "co kupić ojcu, skoro już wszystko ma", a na teologii kończąc.

Dziś proponuję zająć się fundamentami, czyli odpowiedzieć sobie na pytanie: Po jaką cholerę co roku uczestniczę w tej szopce?

czwartek, 19 listopada 2015

O tym, jak budzi się świadomość

Niedawno córka weszła do pokoju i powiedziała: - Chodźcie!
- Gdzie?
- No, do kuchni!

To poszliśmy.

Mała stanęła przed stołem i wskazała na obrazek, który wisi tuż nad nim. Jest to karykatura moja i żony, którą ktoś nam sprezentował z okazji ślubu.

- Co to jest? - spytała się młoda.

- No, jak to co? My - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- Widzę! - krzyknęła córka. - Ale gdzie ja jestem?
Odezwała się żona: - Ola, ale wtedy jeszcze ciebie nie było.
- Jak to nie było? To gdzie byłam?
- No, w ogóle ciebie nie było - odpowiedziałem, również zgodnie z prawdą.
- NIE BYŁO MNIE?
- Nie. Nawet w planach - dodałem.
- W twoich może nie - dodała żona, jeszcze raz zgodnie z prawdą.

Później sam się przyłapałem na myśli, że to jednak dziwne. Kiedyś mojej córki nie było. A dziwniejsze okazało się to, że jak już się pojawiła, dziwnym dla mnie było, że jest. Niby każdy z nas wie, że z seksu mogą urodzić się dzieci, ale jednak... Czy to nie zastanawiające, że ludzkość, czyli tak kompletnie nieodpowiedzialny, narcystyczny i bardzo często po prostu głupi gatunek, otrzymała w darze od natury zdolność tworzenia takich małych istot? Fakt ten nie tyle jest zastanawiający, ile wręcz wstrząsający.



wtorek, 20 października 2015

Kto chce sobie popłakać?

Uwaga: EKSPERYMENT!!!

Proponuję w trakcie słuchania poniższego kawałka zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że jest on śpiewany przez Wasze dziecię. Dziecię śpiewa tę zacną pieść specjalnie dla Was. Niagara łez i lawina niewymuszonych wzruszeń gwarantowane.

Jeśli ktoś będzie chciał się podzielić efektami eksperymentu, zapraszam. Można zrobić to tutaj lub na moim fanpage'u na Fejsiku.



Polecam całą płytę niejakiego Korteza, gdyż jest to rzecz co najmniej intrygująca. Facet ma taką manierę w głosie, że nawet gdyby śpiewał instrukcję obsługi agregatu prądotwórczego, i tak by niejedno zbolałe serce poruszył. Polecam. Na jesienne wieczory idealne.

środa, 14 października 2015

A TERA POEZJA!!!



Z cyklu: Temat rodziny, rodzicielstwa, dzieci i wszelkich nieszczęść z rodziną związanych, ujęty w ramy poezji.



Rodzicom ku przestrodze, dzieciom do rozważenia, pozostałym do przeczytania:



SHEL SILVERSTEIN

CLARENCE

Clarence Lee, chłopczyk z Tennessee
Niczego tak nie kochał jak reklam w TiVi.
Rozwarte oczy wlepiał w ekran szklany
I każdy towar tam reklamowany
Sprowadzał zaraz drogą wysyłkową:

Krem, żeby skóra mogła czuć się zdrowo,
Brylantynę, by włosy elegancko lśniły,
Wybielacz, żeby biele bardziej się bieliły,
Tabletki, żeby niszczyć ból głowy w zarodku,
Dżinsy, dopasowane do człowieka w środku,

Pastę do zębów "Biały Kieł",
Proszek dla psa, a raczej - pcheł,
Płyn do płukania sobie ust,
Stanik, co uwypukla biust,

Owsianki, buty do rodeo,
Firanki, nową grę video
Lub towarzyską -
Dosłownie wszystko.

Aż pewnego dnia - reklama:
"TRWALSZY TATO! MILSZA MAMA!
NOWOŚĆ! SENSACJA! ULEPSZENIE!
SPIESZ SIĘ I SKŁADAJ ZAMÓWIENIE!"

Ma się rozumieć, nasz bohater na to
Z miejsca zamówił nową mamę z tatą;
Gdy przyszła paczka z ulepszoną parą,
Opylił zaraz na pchlim targu starą,

Schował pięćdziesiąt centów do kieszeni
I wszyscy teraz są zadowoleni:
Nowi rodzice - mili, liberalni;
Starzy - znaleźli robotę w kopalni.

Pamiętaj zatem te proste reguły:
Jeśli rodzice każą jeść brokuły,
Myć ręce, sprzątać w pokoju bałagan,
Jeśli nie szczędzą wymówek i nagan,

Jeżeli nudzą cię i są niemili - 
Znaczy to, że się po prostu zużyli.
NATYCHMIAST ZAMÓW NOWĄ PARĘ I
W OGÓLE CIESZ SIĘ ŻYCIEM JAK NASZ CLARENCE LEE. 

***

Przyznam się, że trochę uatrakcyjniłem graficznie owe dzieło, lecz poza tym - wers się z wersem zgadza. Fajne, nie?

poniedziałek, 12 października 2015

TA CHOLERNA POGODA

Ponoć w niektórych rejonach kraju pośnieżyło. A przecież jeszcze niedawno było tak ładnie. Od razu przypomniała mi się dość często w Polsce słyszana wymiana zdań:

- Ale ładnie dziś - mówi rozentuzjazmowana ona lub równie podekscytowany on.
- No, ładnie, ładnie, ale od jutra ma już padać - ową radość błyskawicznie niszczy współrozmówca.

Zdarzało Wam się słyszeć taki dialog? Pewnie często. Co ciekawe, trudno mi sobie przypomnieć rewers tej rozmowy. Coś w stylu:

- Ale dziś pada! Ohyda!
- Spoko. Za dwa dni ma się wypogodzić, więc uszy do góry!

Jeśli nawet coś takiego słyszałem, nie zapamiętałem. Jakby dla większości z nas ładna pogoda była czymś wręcz niestosownym, skoro za chwilę i tak będzie padać. Boże! Po jaką cholerę mamisz nas ciepłymi temperaturami, skoro i tak za chwilę bezczelnie ochlapiesz zimnym błockiem. Lecz gdy przez tydzień leje, nikt nie ma zamiaru pocieszać się, że kiedyś to się skończy, że wyjdzie słońce. A po kiego grzyba ma się wypogadzać?! Wszak naturalny stan to zimno, ciemno i paskudnie. Lepiej się do tego przyzwyczaić, więc nie ma sensu robić sobie nadziei na lepsze jutro.

Czasami mi się wydaje, że problemem moim i mych rodaków nie jest odpowiedź na pytanie, czy szklanka jest do połowy pełna, czy pusta, lecz nieustanne zamartwianie się, że szklanka i tak koniec końców będzie pusta całkowicie, a po jakimś czasie rozbije się  z hukiem!

Tak proszę państwa, jesienna deprecha już puka do drzwi!

piątek, 9 października 2015

WIARA STRACHU, WIARA MIŁOŚCI



Decyzja o uprawomocnieniu umorzenia śledztwa w sprawie prof. Chazana nakłoniła mnie do przypomnienia Wam artykułu, który popełniłem w październiku 2014 roku na innym blogu. Wklejam to nie dlatego, by się w jakiś tam sposób wypromować, ale dlatego, że jako ojciec, mąż oraz osoba, dla której Nowy Testament jest jednym z ważniejszych tekstów kultury, nadal nie mogę się pogodzić z tym, że ideologia potrafi tak okrutnie skrzywdzić polską rodzinę, teoretycznie chronioną przez państwo i lekarzy.


środa, 7 października 2015

ZOSTAWCIE ASTERIXA!!!

UWAGA: wstrząsająca wiadomość. Francuska organizacja broniąca praw dzieci uznała, że kultowy komiks o dwóch najbardziej zajebistych Galach w historii - Asterixie i Obelixie - jest anachroniczny i rasistowski.


Na fanpage'u portalu RACJONALISTA.PL można przeczytać więcej:

Zdaniem francuskiego oddziału organizacji Obrona dla Dzieci (Defence for Children International) świat przedstawiony w komiksach „nie odzwierciedla wielokulturowego charakteru obecnej Francji”. A Galowie, cały czas bijąc się z Rzymianami, promują wśród dzieci przemoc, co kłóci się z pokojowym duchem Unii Europejskiej.

Społeczeństwo, w którym żyją Asterix i Obelix, jest „archaiczne i hierarchiczne”, a warunki, w jakich mieszkają, „niehigieniczne”. Co gorsza, w komiksach nie są poruszane społeczne problemy, z jakimi muszą się borykać młodzi ludzie.


sobota, 3 października 2015

RODZICIELSKIE SCIENCE-FICTION

SEKS Z ROBOTEM CZĘSTSZY NIŻ Z CZŁOWIEKIEM. JUŻ ZA 30 LAT


Taki tytuł ujrzałem ostatnio na fanpage'u Newsweek Polska. W czasach coraz powszechniejszego sprzęgnięcia się naszych organizmów z maszynami, nie powinien on dziwić. Poza tym, niemal każdy wynalazek człowieka prędzej czy później był właśnie wykorzystywany w przemyśle erotycznym lub wojennym. Cybernetyki też ów proces nie ominie. Co to, to nie. 


Jednak nie o seksie chciałem pogadać (a przynajmniej nie tylko). Wspomniany artykuł zainspirował mnie do wymyślenia całkiem niezłego (chyba) pomysłu na książkę fantastycznonaukową lub też film. Zaczęło się od niewinnego pytania: A gdyby to cyborgi przejęły wszelkie rodzicielskie powinności...? 

Zapraszam do lektury.

piątek, 2 października 2015

Z cyklu: muzyka z motywem rodzinnym w tle

Idealna propozycja na jesień. Śmiertelnie poważna pieśń o ojcowskim pożegnaniu. Zresztą, cała płyta "Matka, Syn, Bóg" Waglewskiego seniora i Waglewskich juniorów warta kilkukrotnego przesłuchania.

Słuchajta!

środa, 16 września 2015

Mamuśki z placów zabaw (część druga)

Oj, kończy się czas placów zabaw. Jeszcze tylko wrzesień, trochę piździernika (sic!) i huśtawki, piaskownice, drabinki zasną snem zimowym, służąc jedynie żulikom i młodym fanom tanich alkoholi do spotkań towarzyskich.

Tym bardziej muszę się pospieszyć z dokończeniem tematu, który zainicjowałem TUTAJ. W pierwszym wpisie przedstawiłem tylko jeden przykład mamuśki przyhuśtawkowej, mianowicie kobiecinę, która wszędzie widzi potencjalnego pedofila. Z tego też powodu obecność faceta na placu zabaw zawsze jest dla niej wysoce podejrzana. Nie ważne, że facet po prostu wpadł tam, by spędzić razem z trzyletnią córką popołudnie.

Teraz czas na dalsze gatunki i podgatunki mamusiek spotykanych na placach zabaw.

wtorek, 8 września 2015

Moja próba odpowiedzi na list Pani Małgorzaty Terlikowskiej

4 września światło dzienne ujrzał taki oto list:

LIST DO BEZDZIETNEGO LEMINGA

Dość obrażania i stygmatyzowania. Daj nam, bezdzietny lemingu, święty spokój. I nie nazywaj nas patologią. Bo do patologii bliżej jest Tobie z Twoim chamstwem, niż nam z większą liczbą dzieci.

wtorek, 1 września 2015

Do przedszkola marsz!

No to zaczął się pierwszy dzień w przedszkolu. Cholerka, leci ten czas. Z niewiadomych przyczyn żonka od wczoraj łazi podminowana i nie może przeboleć, że to akurat mnie przypadł zaszczyt pierwszego odwiezienia dzieciaka do tej szacownej instytucji. A co, jak będzie płakać? A co, jak jej jedzenie nie będzie smakować? Albo jak dzieciaki będą dla niej wredne? Albo przedszkolanki? Oraz z dobry tysiąc innych takich. Wczoraj mi robiła krótki kurs czesania i zaplatania włosów u córci, by mała nie wyglądała jak czupiradło, lecz ostatecznie i tak sama zaplotła jej włosy przed snem. Słusznie. I tak bym tego dobrze nie zrobił.

Ja zaś po pierwsze nie mogę wyjść z podziwu, że oto właśnie odwiozłem swoje dziecko do przedszkola, i że jednak jestem tatuśkiem. Jak to się stało? Człowiek miał być gwiazdą rocka, wyrywać panienki i chlać na umór. W wieku 27 lat odejść do Bozi, by tutaj zainicjować kult Wielkiego Frustrata. I co? Zapieprzam pod przedszkole!

I żeby nie było, też się trochę denerwuję, lecz co począć, trza jakoś dziecię zsocjalizować. I generalnie wkurwiają mnie ci rodzice, którzy tak skaczą i wykrzykują: cóż to będzie z mym słodkim bobaskiem? A co ma być? Dowie się, że jednak nie jest pępkiem wszechświata. Odkrycie to może i będzie bolesne, jednak konieczne, by później bardziej nie bolało. Cholera jasna, ten świat bardzo często jest wredny, i jeśli ktoś chce za wszelką cenę ochronić dziecko przed wrednością tego padołu łez, może zrobić to tylko w jeden sposób - nie robić dzieci! Więc kończmy z pitoleniem, i cieszmy się wolnością!!!

Co prawda, jeśli jakiś gówniarz zrobi małej krzywdę, to mu nogi z dupy powyrywam, ale ona nie musi wiedzieć o tym.

A po drugie zaś, dziś na własnej skórze odczułem jakim to zajebistym miejscem jest przedszkole. Możesz tam odwieźć dzieciaka, wiesz, że będzie w dobrych rękach, dostanie papu, pobawi się z dzieciakami, a Ty masz całe przedpołudnie przed pracą tylko dla siebie. Bomba, nie? Zaraz odpalę sobie jakąś płytę Kata na cały regulator albo jakiś baaardzo niecenzuralny hip-hop. Yeah!!!

A żonce wieczorem puszczę to: STRACHY NA LACHY - "PRZEDSZKOLE" - do tekstu genialnego Kaczmarskiego.
Hahahaha, wredna małpa jednak ze mnie. :)

piątek, 28 sierpnia 2015

Wspaniała pieśń o tym, jak to trudno być ojcem, synem, mężczyzną.

AFRO KOLEKTYW - "NIEMĘSKIE GRANIE"


Piosenka, w której się zakochałem od pierwszego przesłuchania. Płyta PIOSENKI PO POLSKU nieistniejącego już Afro Kolektywu wyszła mniej więcej w tym samym czasie, kiedy to dowiedziałem się, że dziecko w brzuchu mojej żony będzie dziewczynką. Poczułem wtedy niesamowitą ulgę. Dlaczego? Odpowiedź w tekście piosenki.

Utwór, który zaczyna się od:

Nieistniejący synu mój! Mam być opoką z mięśni i ścięgien,
będę pustym sklepem i kwitem za węgiel

nie może być zły. Przesłuchajcie i podzielcie się refleksjami. Miłego weekendu.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Geny smutku

Jakiś czas temu córka podczas zabawy nagle ucichła, usiadła i schyliła główkę.
Wojciech Weiss, "Melancholik",
olej na płótnie
- Coś się stało? - spytałem.
- Nic - odpowiedziała cichutko.
- To dlaczego tak siedzisz?
- Jestem smutna.
- Ale dlaczego?
- Nie wiem - odpowiedziała jeszcze ciszej.

To wydarzenie nie daje mi spokoju. Ostatnio zaś powróciło do mnie podczas czytania książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret podwójny", opowiadającej o skomplikowanych relacjach pomiędzy malarzem Zdzisławem Beksińskim a jego synem Tomaszem - tłumaczem skeczów Monty Pythona, krytykiem muzycznym, miłośnikiem horrorów oraz samobójcą. Tomek odebrał sobie życie w wigilię Bożego Narodzenia 1999 roku.

Jeden fragment z książki zapadł mi szczególnie w pamięć:

To jest zupełnie bez sensu. Nienawidzę ludzi i świata, jak ci, którzy są albo ułomni, albo biedni, albo w trudnych sytuacjach. Ja nie jestem ani kaleką, ani nie narzekam na brak forsy, jestem na studiach, mam fajnych starych, mieszkanie..., więc na co narzekać? Skąd ta nienawiść? Przecież nikt mi niczego nie zrobił. Nie wiem, do licha, nie wiem. Wiem tylko, że ten jad we mnie siedzi. (fragment listu Tomasza Beksińskiego z 1 czerwca 1979 r.)

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Cała Polska czyta dzieciom... bzdury

Pewien mądry ktoś (zastrzelcie mnie, lecz nie pamiętam kto, pewnie można sobie go wygoglować, ale nie chce mi się) powiedział słuszną, aczkolwiek w niektórych kręgach kontrowersyjną, tezę:
Osoba, która czyta złą literaturę, nie różni się niczym od osoby, która nie czyta wcale.
Owa myśl powinna być zapisana wielgachnymi literami w każdej bibliotece dla dzieci. Każdej! Oraz odczytywana głośno każdemu rodzicowi, który wybiera dla swych pociech książki, by wieczorem wspólnie je czytać przed snem. Tymczasem wśród ogromnej liczby polskich rodziców panuje przekonanie, że generalnie to nie ważne, co dzieciak czyta, ważne, by w ogóle czytał. Otóż błąd! Ale o tym poniżej.


środa, 19 sierpnia 2015

W głowie się nie mieści...

Grafika promująca film "W głowie się nie mieści"
w reżyseri Peta Doctera
- Tata, co jest tutaj? - spytała się mnie dziś córka, pokazując palcem na swoją głowę.
- No powiedz, co tam masz - odparłem.
- Oglądaliśmy "W głowie nie mieści się". Pamiętasz?
- Pewnie, że pamiętam. No i co tam było w głowie?
- Takie kololowe... - i się zawiesiła.
- Co to było, to kolorowe - drążyłem dalej.
- Wiem sama! Nie mów! - prawie krzyknęła mała. No i tak patrzeliśmy na siebie w milczeniu. Aż nie wytrzymała: - Zapomniałam. Ty powiedz.
- Była radość, złość, odraza, lęk i strach - wymieniłem bohaterów kreskówki, stanowiących personifikację najważniejszych ludzkich emocji (jakby ktoś nie załapał :) )
- Tak, były...
- No to co ty masz tam dzisiaj?
- RADOOOŚĆ!!! - wykrzyknęła.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Powrót do prozy życia

No i po urlopie. Mała zadowolona, że równe dwa tygodnie była tylko i wyłącznie z rodzicami. Rodzice zadowoleni, że młoda bezproblemowo chodziła spać, a jak już zasnęła, to utrzymywała się w tym stanie aż od 8:00, 9:00, więc wieczory były całkiem spoko.

A obraz, który wisiał w pokoju, gdzie się zatrzymaliśmy, wyglądał tak:

Pierwotnie jawił mi się on niczym ohyctwo z najczarniejszych otchłani piekła, lecz już dziś wiem, że wspomnienia z nim związane, będą raczej miłe. Czego nie można powiedzieć o pogodzie, która mnie ostro wnerwiła. I tyle.

Niebawem ruszam z nowymi wpisami, a zważywszy, że ostatnio oglądamy z córcią sporo animacji, zastanawiam się, czy nie rozpocząć pisania mini-recenzji filmów dla dzieciaków. Co Wy na to?

Pozdrawiam i zaczynam się mentalnie przygotowywać na poniedziałek.

wtorek, 28 lipca 2015

Przerwa

Wpisów ostatnio mało, bo i ochoty na pisanie nie mam. Znaczy - wakacje. No i nie jest tak źle. Prócz ohydnego obrazu, który wisi na ścianie naszego pokoju. Chętnie bym go Wam pokazał, lecz - kto wie - może właścicielka tego lokum też mnie czyta, a nie chcę, by się kobiecie zrobiło przykro.

W każdym razie polska morska plaża wygląda pod koniec dnia tak:

Muszę też oddać córce, że jest wyjątkowo grzeczna. Tyle tego cholerstwa z prawej i lewej - baloniki, maskotki, karuzele, ciuchcie, samochodziki i jeszcze jakieś dziwne kucyki, na których dzieciaki jeżdżą po całej promenadzie, a ona nic, albo biega, albo siedzi w wózku i niczego nie wymusza. Słodka mała.

O! Teraz na chwilę się przebudziła. Zaraz będzie dupa z pisania... Nie. Spojrzała, uśmiechnęła się i śpi dalej. 

Chyba serio wypoczywam, nawet ten obraz na ścianie mnie jakoś mniej dziś razi. Po wakacjach go Wam pokażę. 

Co prawda  nie tutaj z kim pogadać, ale też nie o gadanie chodzi. Udało się zapomnieć te wszystkie pierdoły, które wkurzają w pracy i w domu, a to już sukces.

 Pozdrawiam i wracam do nic nie robienia.

P.S. Przed chwilą zza ściany było słychać poranną rozmowę sąsiadów. Zrozumiałem tylko "zamknij, kurwa, ten ryj". Chyba ktoś wstał lewą nogą.

środa, 22 lipca 2015

Wakacje frustrata

Z filmu "Wakacje" Harolda Ramisa
Czasami wydaje mi się, że Adaś Miałczyński to wzór i ostoja zdrowia psychicznego - gdy tylko porównać go ze mną. Wrażenie to nasila się wyjątkowo mocno tuż przed urlopem. Wiele znajdę powodów, by szarpać się całymi nocami ze swą udręczoną przedwakacyjną duszą. Wszystkie te rozważania można by zbyć śmiechem, gdybym jechał na wakacje sam, ewentualnie tylko z żoną. Lecz jedziemy z trzyletnią córką. I choćby z tego powodu wszystko się może podczas urlopu wydarzyć.

Obawa pierwsza: po drodze samochód się spieprzy. Wiem, wiem, Europejczyk gardzi wakacjami, na które musi jechać własnym autem. Cóż - w tym roku (i w kilka poprzednich zresztą też) jedziemy nad Bałtyk. Dlatego też kolejną igiełką w me serce są powszechne doniesienia, że nad polskie morze to tylko wiejskie sznurki zaiwaniają. Skoro tak, musicie przyjąć do wiadomości, że czytacie blog wiejskiego sznurka. Przykro mi.

Zatem - psuje się samochód. Dlatego przed wyjazdem zawsze oddaję auto do mechanika, by ewentualne usterki wyeliminował. O dziwo, za każdym razem jest ich więcej, niż pierwotnie zakładałem. Wiąże się to zawsze ze sporymi i nieprzewidzianymi kosztami, to zaś z kolei powoduje nadszarpnięcie (i tak niewielkiego) urlopowego budżetu. No i wkurw gotowy. Już widzę oczyma wyobraźni, jak szczędzimy na wszystkim nad tym pieprzonym morzem. "Tata! Chcę balon! Tata! Pić! Tata! Autka! Tata! Wata". Srata-tata, w dupę jebana, za przeproszeniem, mać! Nastawiają tego cholerstwa od Suwałk po Niemcy, a ty się z dzieciakiem szarp. Potem dochodzi jeszcze żonka szczebiocąca, że można by pojechać jeszcze tutaj, jeszcze tam, a jak już tu jesteśmy, to można jeszcze tę fajną knajpkę, wiesz, odwiedzić. Idziemy na plażę? Fajnie! Trzeba tylko dzieciakowi zabrać jedzenie i picie, sobie jedzenie i picie, z 7 babskich gazet, leżaczki, zabawki, ciuchy na przebranie, 4 ręczniki, no i dzieciaka. Bez dzieciaka się nie liczy. I już nawet nie chodzi o to, że to wszystko kosztuje. Zgadnijcie za to, kto te wszystkie cuda będzie targał?

Po tym wszystkim masz ochotę wieczorem na jedno, małe, chłodne piwko. Ewentualnie sześć. Wtem słyszysz: "No tak! Dziecku odmawiasz, ale sobie to już nie szczędzisz!". Więc pijesz szybko to jedno piwko, które czasami 12 zł potrafi kosztować, i wracasz do pokoju.

A już zupełnie fajnie jest wtedy, gdy tak w połowie drogi na miejsce wypoczynku żonka powie: "Wyłączyliśmy żelazko?". Dzwonisz wtedy do kogoś z najbliższych, by w wolnej chwili podskoczył do domu (klucze zostawione w pewnym miejscu) i sprawdził, czy wszystko ok.

Lecz to i tak nie załatwia sprawy. Ponure myśli krążą: A jak przyjdą nawałnice i nam chatę pod naszą nieobecność zaleje? Dach zerwie? Drzewo na nią spadnie? Tir się wpieprzy w mur? Wszystko się może zdarzyć. Albo inaczej: przecież mała od tej szemranej bałtyckiej wody może dostać jakiejś wysypki na całym ciele. I weź tu szukaj, chłopie, specjalisty.

No i gwóźdź programu, czyli myśli pod tytułem "Ciekawe, czy w pracy wszystko w porządku". Ja tu sobie leżę plackiem, a tam, cholery jedne, kombinują, jak mi etat obciąć. Wrócę po dwóch tygodniach i okaże się, że wakacje mi się baaardzo wydłużyły, tylko trzeba sobie rezerwację zrobić w Urzędzie Pracy.

No nic. Trzeba zacisnąć zęby i wypocząć. Może choć trafią się jakieś fajne kobitki, które będą propagować zacną i chwalebną modę na opalanie się bez staników. Lecz, jak znam moje szczęście, pewnie trafię na 60-letnią Niemkę.

I tak miną dwa tygodnie, a pod koniec będę myślał: szkoda, że już po. Tak fajnie było.

czwartek, 16 lipca 2015

Powody, dla których jednak warto mieć dzieci

Kadr z filmu "St. Vincent" w reżyserii Theodora Melfiego
25 powodów, by trzymać się od dzieciaków z dala, poznaliście TUTAJ. Był też kulinarny suplement, a po nim dość pesymistyczne ostatnie trzy powody. W sumie 29 najróżniejszego ciężaru gatunkowego powodów, by na dobre zaprzyjaźnić się z kondomami. Czas wreszcie się przemóc i napisać listę alternatywną, której zadaniem będzie was przekonać, że jest i druga strona medalu. Nie obiecuję, że będzie aż 29 powodów, lecz zrobię wszystko, co w mojej mocy, by było ich chociaż 10 :D

Do dzieła:

  1. Tylko posiadając dzieci, jesteś w stanie zrozumieć, o co tak naprawdę chodziło Kubrickowi w "Lśnieniu", Lynchowi w "Głowie do wycierania", Polańskiemu w "Dzecku Rosemary", Friedkinowi w "Egzorcyście"... W sumie niezbyt fortunny dobór tytułów. Ok. Jedziemy dalej.
  2. Może ludzie z dziećmi mają nudniejsze soboty, lecz za to w niedzielę nie muszą leczyć kaca. Dobra, chyba nadal słabo.

piątek, 10 lipca 2015

O tak zwanej "polityce prorodzinnej"

Nie jest to nowy tekst. Napisałem go w lipcu 2013 na innym blogu - nie ważne jakim. :) Ciekawi mnie tylko, czy nadal jest aktualny. Czekam na opinie:



„Polityka prorodzinna” zatem… Właściwie to nie wiem, dlaczego silę się na ironię, pakując to wyrażenie w cudzysłów. Przecież polska polityka prorodzinna doskonale funkcjonuje i daje o sobie znać w wielu, często zaskakujących sytuacjach.
To właśnie jej echa wzbudzają wyrzuty sumienia u polskich samców, kiedy zakładają na siebie prezerwatywy. Ona też stoi za godną najwyższej pochwały i czci troską o embriony bestialsko zamrożone w laboratoriach ZŁYCH LUDZI, bawiących się przy pomocy in vitro w Pana Boga.

wtorek, 7 lipca 2015

Praca. Szkoła. Świat. Ostatnie trzy powody, dla których lepiej nie robić dzieci

Dziś, przyrzekam, ostatnie trzy powody, dla których lepiej odpuścić sobie ojcostwo. Będzie krótko i - niestety - poważnie:

27. Zwolnienie z pracy - psychologowie podkreślają, że obok śmierci bliskiej osoby oraz rozwodu, utrata pracy jest jednym z najbardziej traumatycznych doświadczeń w naszym życiu. Tyle że... owo doświadczenie zawsze jest odrobinę mniej traumatyczne, gdy nie posiadasz dzieciaków i nie musisz być skazany na tłumaczenie, że w najbliższym czasie tatuś nie będzie kupował słodyczy, zabawek ani zabierał do kina. Dlaczego? Bo redukcja etatów, bo cięcia budżetowe, bo spierdoliło się sprawę... Nawet teoretyczne wymienianie tym podobnych powodów jest upokarzające. A przecież dzieciaka nie powinno obchodzić, że żyjemy w kraju, który daje dość chujowe poczucie bezpieczeństwa w tejże materii.

28. Potencjalne piekło polskiej edukacji - nigdy nie będziesz mieć stuprocentowej pewności, czy twoje dziecko przynajmniej nie otrze się o historię, którą można przeczytać tutaj: SAMOBÓJSTWO GIMNAZJALISTY. O urokach polskiej edukacji równie dobitnie opowiada utwór poniżej:

Na szczęście nie miałem w życiu przyjemności poznania instytucji gimnazjum, lecz już ostatnie lata podstawówki wyrobiły we mnie pewnie przekonania i odruchy, dzięki którym nawet najbardziej wypomadowana ciota z parady równości jest mi bliższa od skurwieli z mojej klasy. A jedyny stuprocentowy sposób, by oszczędzić swemu dzieciakowi tym podobnych "przyjemności", to go nigdy nie spłodzić.

Z punktem 28. ściśle wiąże się kolejny:

29. Ten świat to chujnia. Pewnie, że można znaleźć kilka pozytywnych spraw - odwzajemnioną miłość, udany seks, podróże, dobre książki, dobrą muzykę, wiosnę i jesień, i tak dalej. Jednak, poza tym, ten świat to dzieło kompletnego partacza. Pełen głupoty, chamstwa, nienawiści, hipokryzji, przemocy, nietolerancji, ogromnych nierówności społecznych, głodu, choroby, wojny. Żyją na nim ludzie, którzy potrafią odciąć żywemu człowiekowi maczetą głowę, a potem film z tego zdarzenia wrzucić do sieci. Inni zaś potrafią szanować obrazki, krucyfiksy, dni postu i święta, lecz nie potrafią uszanować drugiego człowieka. Jeszcze inni kochają wolność, kosmopolityzm, lecz nie potrafią uszanować tego, że ktoś inny odnajduje sens życia w wierze. Ludzką potrzebą wiary i religii doskonale za to kupczą panowie bez żon i dzieci, którzy lubią chodzić w sukienkach, przepraszam - sutannach. Stoją w sutannach na środku ołtarza i mówią, że żaden facet nie powinien pokazywać się w sukience w miejscu publicznym, chyba że jest księdzem lub Szkotem. I tak dalej, i tak dalej.

Wybaczcie ten koszmarny wywód, lecz ostatnimi czasy wyjątkowo często się zastanawiam, czy sprowadzając kolejne dzieci na ten padół łez, nie sprawiamy im przypadkiem ogromnej krzywdy. Bo niby co mamy dla nich do zaoferowania? Gówniane żarcie, gówniane relacje międzyludzkie, kilka ekranów naokoło, nieustanną inwigilację i darmowe porno. I jeszcze przy tym wszystkim chcemy, by wyrośli na porządnych ludzi. Jak śpiewał klasyk - ludzkość to debil.

Dziękuję za uwagę.

sobota, 4 lipca 2015

NA TRZECIE URODZINY

Córcia niedługo kończy trzy lata. Przyznam, że były to najbardziej ekstremalne trzy lata w moim życiu. Pewnie dlatego chodzi za mną jeden wiersz Marcina Świetlickiego. Rodzice! Kto z was ani razu nie miał podobnych refleksji, niech pierwszy rzuci kamieniem:

TRZYLATEK

Dziecko, powszechnie znielubiony demon.
Niezły w abstrakcji, w konkrecie fatalny.
Nie odpowiada ładnie na pytania.
Czai się. Kombinuje wymyślne tortury
skacowanym dorosłym. Odrobinę przydatny
jedynie politykom i ich fotografom
nadwornym. Udręczone koty
i psy. Ostra czułość. Granica gdzie czułość
łączy się z uduszeniem. Wstydliwa niezmiernie
duma rodziców, obiekt infantylnych
klimakteryjnych estetycznych uniesień
różnych pań (lecz niektóre z tego pokolenia
reagują odmiennie, gotowe są zabić).


Czy już go ochrzciliście?

Sto lat, młoda!!!

czwartek, 2 lipca 2015

SUPLEMENT: 26. powód, by jednak pozostać bezdzietnym

Jeśli ktoś jeszcze nie widział samodzielnie jedzącego dwulatka, ten zaiste nie ma pojęcia jak wygląda apokalipsa. Dajesz dzieciakowi makaron z sosem, wszystko drobniutko posiekane, by dziecię nie miało problemów z konsumpcją. I co z tego, skoro już po dwóch minutach żarcie jest wszędzie, dosłownie wszędzie... prócz jamy ustnej malucha. Policzki, włosy, ręce, ciuchy, krzesło, stół, podłoga kompletnie zafajdane; ilość pokarmu w żołądku dzieciaka - praktycznie zerowa.

Rok później jest już lepiej, lecz odgadnąć, na co akurat dziecię ma ochotę, to nawet ci ezoteryczni wróżbici z telewizji by nie potrafili.

- Tataaaa...!
- Co, córcia?
- Coś chcę...
- A co?
- Nie wiem. Coś! - mówi smarkula, patrząc się na mnie jak na przygłupa.
- Paróweczkę? Paróweczkę ma tatuś zagrzać?
- Nie! Coś! Inne coś! - i nadal się patrzy jak na dziecko specjalnej troski.
- Coś! Coś! Ale co??!! - a w myślach jak tykanie zegara: kurwakurwakurwakurwamać! Wreszcie wydobywam z siebie entuzjastycznie: - To może zapiekanki!!! Co?
- Ziapiekanki?... - rozważa mała z takim skupieniem, jakby się zastanawiała, czy pożyczyć pieniądze Grekowi - Ziapiekanki...? Mogą być.

No! Udało się. Borę dwie skibki chleba, między nie wkładam szyneczkę, trochę sera, trochę ketchupu, wkładam do tostera. Zapiekanki się grzeją, dziecię czeka przy swym stoliku, sytuacja opanowana. WTEM!!!:

- Tataaaaa...!
- O co chodzi,córcia?
- Juź nie chcę...
- Ale przed chwilą jeszcze chciałaś!!! - i tak patrzę na nią. Patrzę i co widzę?  Że smarkata ma cały pyszczol w czekoldzie. W czekoladzie buźka, w czekoladzie ręce, w czekoladzie bluzka, spodnie, stół, krzesło, podłoga. A na deser - niczym wisienka na torcie, roztopiona czekolada na obiciu fotela!
- Skąd masz tę czekoladę?
- Od babci - i się śmieje. No tak, dziadkowie rano byli w odwiedzinach, dali małej czekoladę, a ta przezornie schowała gdzieś na czarną godzinę - Chcieś?
- Nie chcę. A kto zje zapiekanki?
- Ty tato!

Pjawda, źe ulocie?

środa, 1 lipca 2015

A CO JEŚLI TWOJA CÓRKA BĘDZIE LESBIJKĄ

- Teraz to łatwo ci mówić, ale ciekawe, jakbyś zareagował, gdyby się okazało, że twoja córka jest lesbijką - taki oto mądraliński argument dość często słyszę, gdy mówię otwarcie, że małżeństwa par homoseksualnych w ogóle mnie nie bulwersują. Chcą się hajtać, niech się hajtają, dlaczego ma być im lepiej od nas. Poza tym, śmieszy mnie sytuacja, kiedy 95% społeczeństwa zastanawia się, jak powinno żyć pozostałe 5%.

Szczególnie zabawni są ci wszyscy prawilni faceci, którzy całymi dniami pieją, jak to pięknie i zacnie być silnym i sprawnym heteroseksualnym samcem, by wieczorem, gdy żonka pójdzie spać, zrobić sobie dobrze przy filmiku z lesbijskim dymaniem.

Tak. Mniej więcej w tym momencie ktoś zawsze zapodaje argument, który wydaje mu się ostateczny: "Ciekawe, czy byłbyś taki mądry, gdyby twoja córka się okazała lesbijką". I przyznam się, że serio nie mam wtedy pojęcia, jakiej odpowiedzi taki poteflon oczekuje. Może myśli, że powiem tak: "Generalnie to nic nie mam do homosiów, ale jakby tak córka mi na lesbę wyrosła, to bym z chaty wypieprzył na ten lesbijski pysk - w najlepszym wypadku. W najgorszym wywiózł do lasu i kazał dół wykopać".

Ludzie, porypało Was? Miłość ojca do córki ma być warunkowana jej orientacją seksualną? Jaką ograniczoną amebą trzeba być, by tak w ogóle pomyśleć. Odpowiem jednak raz i starczy: Na dzień dzisiejszy zupełnie mnie wali, czy mała wyrośnie na homo, hetero, bi, sri, czy wyznawcę potwora spaghetti. Byleby była szczęśliwa. Zadowoleni?

Swoją drogą smutne to czasy, kiedy rodzicom łatwiej się przyznać, że ich syn siedzi w pierdlu za kradzież, niż zaakceptować córkę lesbijkę.

Tyle w temacie.

PS. Obok moja spontaniczna wypowiedź przy okazji całej tej afery z Matką Boską Tęczową, którą wywołały Sztuczne Fiołki. Co ciekawe, tego samego dnia kilka osób odlajkowało mój fanpage na Facebooku. Kto by pomyślał, że światło rozszczepione przez pryzmat może wzbudzić tak wielkie oburzenie. Wszystkim urażonym mówię głośne: Do roboty, a nie ludziom w życie prywatne się wpierdalać!

niedziela, 28 czerwca 2015

Powody, dla których nie warto mieć dzieci

Kadr z filmu "Kochany urwis"
Od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie obszerna, bezczelna i subiektywna lista wszystkich ZA i PRZECIW związanych z posiadaniem dzieci. Napisana tak o!, dla własnej przyjemności. Po jakimś czasie doszedłem jednak do wniosku, że takiego przedsięwzięcia nie da się napisać za jednym zamachem, dlatego też lista, którą inicjuje ów wpis, będzie otwarta i systematycznie uzupełniania. Aha - będzie pisana tylko i wyłącznie z męskiego punktu widzenia. Nie jestem jasnowidzem i nie mam zamiaru wpieprzać się w kobiece refleksje na ten temat. Jednak, jeśli jakaś pani zechciałaby owe przemyślenia spisać, chętnie je tutaj umieszczę.

Uwagi dotyczące przeoczeń w moich wyliczeniach, piszcie w komentarzach.

A że jakoś łatwiej (sam nie wiem dlaczego) jest mi zacząć od argumentów PRZECIW, na pierwszy ogień pójdą właśnie one.

Zatem, w kilku punktach - dlaczego warto pozostać bezdzietnym:


  1. O wiele łatwiej być wtedy zapatrzoną w siebie egoistyczną mendą, a wiadomo, że każdy z nas od czasu do czasu lubi kimś takowym być.
  2. O wiele łatwiej uskutecznić rozstanie z partnerem tudzież rozwód. Dzieciak zawsze komplikuje tego typu przedsięwzięcia ludzi dorosłych.
  3. Forsa - po opłacieniu rachunków, kredytów, rat i zaopatrzeniu się w niezbędną ilość jedzenia i picia, reszta kasy (o ile ci zostanie takowa) jest tylko i wyłącznie do twej dyspozycji.
  4. Porządek w domu - jeśli sam sobie nie naświnisz, nikt tego za ciebie nie zrobi.
  5. Remonty - możesz sobie ze spokojem malować mieszkanie, bez obaw, że po tygodniu roześmiane bobo narysuje ci na ścianach grafiki w stylu pijanego Picassa z zaawansowanym Parkinsonem.
  6. Seks - możesz go uprawiać głośno i przy świetle. Zawsze. O ile masz z kim.
  7. Nie musisz oglądać po raz 20. "Krainy lodu" oraz tych wszystkich durnych bajeczek z MiniMini +.
  8. Wakacje - nie ograniczają się do wydawania forsy na atrakcje dla dzieciaka oraz grzecznego grilla, który kończy się przed 21:00.
  9. Kac - w weekendy masz czas, by go spokojnie wyleczyć.
  10. A jak już jesteśmy przy wolnym czasie - faktycznie go masz. Istnieje podział: czas pracy - czas wypoczynku. I wypoczywasz.
  11. Na święta kupujesz przynajmniej o jeden prezent mniej.
  12. Nie musisz się bać, że córka w przyszłości przyprowadzi ci do domu narkomana-artystę, który będzie ci podszczypywać żonę.
  13. Nie musisz też się bać, że twój syn zostanie owym narkomanem-artystą.
  14. Nie musisz wychodzić na głąba, gdy dziecko prosi cię o pomoc w zadaniu domowym, a ty za cholerę nie wiesz, jak je zrobić.
  15. Masz czas na spotykanie się z ciekawymi ludźmi, nie tylko innymi rodzicami, którzy w większości są beznadziejnie nudni (więcej o tym w późniejszych postach).
  16. Masz czas na kino, teatr, koncerty, i te wszystkie inne fajne rzeczy, które są niestety mocno ograniczone, gdy jednak zdecydujesz się na posiadanie dziecka.
  17. Ogród przy twoim domu nie jest sukcesywnie zaśmiecany hustawkami, zjeżdżalniami i trampolinami.
  18. W samochodzie masz porządek.
  19. Na twoich fotelach i kanapach nie ma raczej resztek po wszelkim możliwych płynach i substancjach wydzielanych przez ludzki organizm.
  20. NIE MUSISZ SIĘ BABRAĆ W PIELUSZKACH!!!
  21. Nie musisz cały czas uważać na to, co mówisz.
  22. Możesz klnąć, ile dusza zapragnie.
  23. Możesz palić.
  24. Nie musisz się zastanawiać nad wstydliwą, lecz jakże ważną dla ciebie kwestią - czy ciało twej kobiety, wymęczone ciążą, porodem, karmieniem piersią, będzie równie seksowne jak przed tym całym zamieszaniem.
  25. Możesz autentycznie dbać o swe życie wewnętrzne, czyli - wracając do punktu 1., być egoistycznym dupkiem. Wierzcie mi, bycie egoistycznym dupkiem, o ile ma się choć odrobinę charyzmy, działa na kobitki jak magnes. Chyba, że masz dzieci. Wtedy dupa.

Na dzisiaj wszystko. Jeśli mi się coś przypomni, dodam w oddzielnym poście. Czekam też na wasze uwagi. A już za kilka dni - POWODY, DLA KTÓRYCH WARTO MIEĆ DZIECI.

czwartek, 25 czerwca 2015

Mamuśki z placów zabaw (część pierwsza)

Kiedy nie byłem jeszcze tatą, wydawało mi się, że jedną z niewątpliwych zalet ojcostwa jest możliwość bliższego poznania tych wszystkich fajnych młodych mamusiek z placów zabaw. W krótkich bluzeczkach, legginsach, roześmianych, z włosami w lekkim nieładzie aż prosiły się, by podejść i wdać się w niezobowiązujący flirt. Tyle że nie posiadając dziecka, nie miałem żadnego powodu, by przekraczać kolorowe bramy tego typu przybytków. Dlatego też, gdy córka trochę podrosła, z nieukrywaną radością zacząłem się wybierać z nią na tak zwane huśtawki. No i muszę przyznać, że moje pierwsze spotkanie z obcą mamuśką na placu zabaw należało raczej do osobliwych.

Gdy przybyłem z córką na miejsce, nie było nikogo. Wsadziłem ją w huśtawkę odpowiednią dla jej wieku i począłem bujać, odlatując przy tym myślami - jak to pisał poeta - w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata. Po dziesięciu minutach przy karuzeli obok dosiadło się dwóch chłopców w wieku około 8-9 lat. Mała, widząc owe poruszenie, od razu zapragnęła przesiąść się na karuzelę. Wyciągnęła do mnie rączki, dając znać, że huśtawka już ją znudziła i chce czegoś innego. Wiadomo czego. Być bliżej chłopaków. No to podreptaliśmy w ich kierunku.

Załadowałem małą na karuzelę i zacząłem ją kręcić, przysłuchując się mimowolnie rozmowie chłopców. Wynikało z niej, że jeden z nich będzie mieć dzisiaj - cytuję - przejebane, bo niejaki Salceson chce mu po południu wpierdolić. Ustawka ma być pod jakimś płotem. No i trzeba się tam pojawić, gdyż nieobecność nie będzie usprawiedliwiona i rzutować zacznie złowieszczo na prestiż społeczny zainteresowanego.

Nie powiem, podziwiałem szczyla. Drobny jak kijanka, chudziutki, widać, że robi pod siebie ze strachu, lecz był nieustępliwy w swym postanowieniu starcia się z Salcesonem. W końcu spytałem, ile lat ma ów Salceson. Chłopak odpowiedział, że trzynaście. Oczyma wyobraźni od razu ujrzałem krępego gówniarza, pełnego kompleksów, trzymającego pod łóżkiem pornosy i bojącego się jak diabli ojca, który zapewne również wyglądał jak Salceson, tylko już trochę po terminie przydatności do spożycia. Jedynym sposobem małego Salcesona na rozładowanie lęku jest zapewne szukanie bójki z dzieciakami, których bez najmniejszych problemów będzie w stanie pokonać. Innymi słowy - chłopcy siedzący obok mnie stali się ofiarami wyjątkowo wrednego typa, który w przyszłości zmajstruje jakiejś siedemnastolatce dzieciaka i rozpocznie konsekwentnie prowadzoną karierę przytelewizyjnego piwożłopa.

Już chciałem coś mądrego odpowiedzieć, gdy nagle z pobliskiego domu wyskoczyła jakaś kobieta, drąc się na histerycznie: - Tomek! Tomek! Natychmiast marsz na obiad! Niby oczywista sytuacja, lecz coś w jej głosie mi mówiło, że to nie o obiad chodzi, ale o mnie. Kobieta podeszła bliżej, przyjrzała się chłopakom, przyjrzała się mnie, na końcu przyjrzała się mojej córce, aż wreszcie... ulga pojawiła się na jej twarzy. Oto zrozumiała, że jej Tomeczek nie rozmawia z jakiś przyhuśtawkowym pojebańcem, pragnącym go nakłonić do fellatio za Snickersa, lecz zwykłym ojcem, który pojawił się na placu zabaw w najzupełniej poczciwych zamiarach. Chociaż cień podejrzliwości cały czas jej nie opuszczał. Może nawet pomyślała - patrzcie, jakie sprytne te zboczeńce teraz, już z własnymi dzieciakami przychodzą. W każdym razie na dowidzenia rzekła: - Dobrze Tomuś, zostań jeszcze chwilkę. ALE NIE MASZ WŁAZIĆ NA DRABINKI, BO ZNOWU Z NICH ZLECISZ! I odeszła, zerkając jeszcze raz czy dwa przez ramię.

Chwilę później córci karuzela się znudziła i poszliśmy do domu. Do dziś nie powróciliśmy na ten plac zabaw. I tak był chujowy.

Pamiętam jeszcze kilka innych mamuś, lecz opowiem o nich później. Tak czy owak - z miłego, niezobowiązujące flirtu póki co nici.

piątek, 19 czerwca 2015

Karmienie cyckiem w miejscu publicznym

Źródło: Huffington Post.com
Parafrazując popularne porzekadło - nie mam cycków, to się wypowiem. Co jakiś czas wraca jak bumerang temat matek karmiących piersią w miejscach publicznych. Jedni pieją, że ohyda, drudzy psalmy śpiewają, że nie, że naturalne i w naturalności swej piękne.

A ja mówię - odpierdolcie się od matek i ich cycków. Zwłaszcza ci, którzy zupełnie nie mają pojęcia, jak to fajnie, kiedy w środku miasta dzieciak zaczyna beczeć, bo jest głodny. Serio, w Kaplicy Sykstyńskiej by się dało cycka w takich sytuacjach. A jak zjawi się mądrala, który napisze: "to trzeba wcześniej myśleć, by dzieciak na mieście nie zaczął wariować", powiem mu także szczere - pierdol się.

Z drugiej strony patrząc, dziwne to, że w kulturze, która bombarduje nas cyckami zewsząd, tak trudno zdzierżyć kobietę, która używa piersi do tego, co jest generalnie jej główną funkcją. No cholera - na Vivie baba śpiewa, co jadła na śniadanie, a cyckiem macha jak na castingu do pornola. W "Gali" gwiazdeczka zwierza się, jak to ciężko zniosła rozstanie ze swym partnerem, a na zdjęciach z sesji cyckiem się chwali, jakby ewidentnie rozpoczęła szukać kolejnego samca. Jedziesz miastem, widzisz reklamę firmy instalującej systemy centralnego ogrzewania. A co na niej? Cycata baba, nad którą umieszczono slogan: MY CIĘ DOPIERO ROZGRZEJEMY.

Odpalasz net - jak nie koty, to cycki. Nawet, gdy pytasz się na fejsie, kto ma pożyczyć wiertarkę udarową, dodajesz zdjęcie cycatej babki, by była pewność, że samce przeczytają.

Lubię cycki, jestem ich zagorzałym fanem i wyznawcą, lecz nie w każdym kontekście one pasują. Niedługo firmy pogrzebowe będą w ulotkach reklamowych dawać zdjęcia cycków, opatrzone hasłem: "Gdy sutki zesztywnieją na amen...".

Dlatego też jeszcze raz i głośno orzekam - odpierdolcie się od matek karmiących piersią w miejscach publicznych. A jak nie możecie wytrzymać tego bulwersującego widoku, weźcie komórę, wejdźcie do sieci i pooglądajcie se, nie wiem, ot chociażby cycki.

A PROPOS, FAJNA SESJA ZDJĘCIOWA :)

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Uczmy się od kobiet

Panowie - dziękujmy za emancypację kobiet. Dziękujmy feministkom za wytrwałe uświadamianie ludzkości, jak to gnębioną przez wieki istotą była kobieta. Tym bardziej, że większość przekazu feministek to najczystsza prawda. Długo sobie ludzki samiec folgował - co do tego, nie ma wątpliwości, lecz nigdy, powtarzam, nigdy w dziejach mężczyzna nie miał tak dobrze, by cokolwiek nie zrobił, było bądź słuszne, bądź godne współczucia.

Kilka przykładów:

Kobieta nie może się zrealizować jako matka, gdyż musi wpierw uzyskać odpowiednią pozycję w firmie. Współczujmy. Wszak okrutny to system, który zmusza kobietę do takich wyborów. Co nie zmienia faktu, że jeszcze nie tak dawno dbający tylko i wyłącznie o swą karierę facet byłby moralnie podejrzaną mendą, potrafiącą zainteresować tylko zblazowane gówniary.

Inny przykład - kobieta rezygnuje z kariery, by się realizować jako matka. Współczujemy. To przecież na fundamentach męskiego szowinistycznego świata zbudowano tak opresyjne warunki dla rodzicielek. Zaś facet biorący urlop tacierzyński, nawet gdy go bierze w kluczowym momencie swej kariery, będzie w najlepszym wypadku tylko anomalią społeczną (którą faktycznie jest), w najgorszym zaś pipą z fallusem. I nie pomogą wyznania, jak to się realizujemy, i jak to cudnie odkrywać w sobie tę kobiecą cząstkę męskiej natury. Kobiece czasopisma będą, co prawda, roztkliwiać się nad tą nowoczesną wersją męskości, lecz w głębi serca trudno większości kobiet wyobrazić sobie, by ów superfacet, tańczący z pieluszkami i talkiem cały dzień, miał pod jego koniec zerżnąć je, jak na samca przystało.

Tfu! Herezje. Może i tak, lecz to właśnie za herezjami najczęściej kryje się bolesna prawda. Kilkakrotnie w pismach dla pań spotkałem się z opinią, że faceci przejmujący role mamuś, może i są niewymiernie bardziej pomocni w domu, lecz bzykają się statystycznie dużo rzadziej od swych oldscholoowych kolegów.

Kolejny przykład, coraz częściej spotykany w prasie kobiecej - mianowicie mamy, które z jakiegoś powodu nie potrafią szczerze pokochać swych dzieci. Nie mam zamiaru z tego drwić, gdyż to autentycznie dramat, zatem współczujemy, ale... ojciec, który wpierw spłodził dzieciaka, a potem go olewa, to nadal klasyczny przykład doszczętego bydlaka. Tyle w temacie.

Na koniec scenka rodzajowa spoza tematyki rodzicielskiej. Oto kobieta kupuje sobie wielgachnego dildosa. Brawo! Jaka odwaga, jak pięknie manifestuje swe potrzeby. To na pewno jej pomoże w paznaniu swej seksualności. Nauczy się swego ciała i będzie miała odwagę mówić, czego oczekuje w łóżku. Następnym klientem jest gostek, który chce kupić sobie sztuczną waginę... Współczujemy? W najlepszym wypadku. Na ogół czujemy mieszankę politowania z obrzydzeniem.Tylko ostatni frajer kupuje takie gadżety.

Wyolbrzymiam. Wiem. Wybaczcie. Lecz do cholerki, my, ojcowie, też mamy swoje dramaty, też chcemy być utuleni. A jesteśmy już od momentu iniekcji swych plemników w ciało kobiety na przegranej pozycji. Bo jesteśmy tylko tymi, co wpadli sobie podupczyć, bo to nie my nosimy dzieciaka w brzuchu, to nie my musimy rodzić, to kobieta jest SKAZANA na siedzenie z dzieciakiem w domu, a nawet jak wraca do pracy, przeżywa to dużo boleśniej niż facet. Ciągle, kurwa, pod górkę, tylko dlatego, że nam bozia poskąpiła pochwy!

A chciałbym taką historię kiedyś przeczytać: oto mężczyzna, który bardzo, ale to bardzo kocha swą kobietę. Kobieta pragnie mieć dziecko, on niekoniecznie, lecz nie wyobraża sobie życia bez niej, więc zgadza się zostać ojcem, wbrew własnym uczuciom. Gdy dzieciak się rodzi, wpierw czuje tępe poczucie obowiązku, nie ojcowską miłość. Musi wypracować ją w sobie, niczym trudną sztukę walki. Treningi są mordercze, wręcz gwałcące jego psychikę, lecz on wmawia sobie, że to jest właśnie dojrzałość, i że tylko w ten sposób wejdzie do grona prawdziwych facetów. Okłamywanie siebie boli, lecz wreszcie przynosi skutki, cholerka, przynosi. Może nie jest ojcem na miarę Roberta "Litzy" Friedricha, lecz na tyle dobrym, że dzieciak kilka razy na dzień mówi mu, jak bardzo go kocha. Piękna scena, lecz nikt nie wie i nigdy się nie dowie, jak kurewsko trudną pracę musiał wykonać, by osiągnąć ten poziom wtajemniczenia. Do dzisiejszego dnia czuje czasami, że żyje cudzym życiem i nadal się dziwi,że ktoś mówi mu tato, choć bez wątpienia kocha i jest kochany. A cała ta historia streszcza się jednym słowem: poświęcenie.

I jak? Współczujemy?


piątek, 12 czerwca 2015

Mieć dziecko lub zjeść dziecko

Naród nasz waleczny i czasu pokoju nie lubi. Kiedy nie trzeba już się wkurwiać na Rosjan i Niemców (choć i tutaj zdania są podzielone), z iście cyrkową zręcznością wyszukujemy sobie inne cele do nielubienia (zamierzony eufemizm).

Nie ma czasu na banały, więc odpuśćmy sobie walki na froncie PO-PiS, bo są już nudne, oklepane i kto wie, czy jesienią się nie zakończą rozejmem. Odpuśćmy sobie front walk ateuszów bez krztyny przyzwoitości z katolami, którzy jako jedyni w tym kraju poznali PRAWDĘ. Odpuśćmy sobie wojnę palących z niepalącymi (zainteresowanych odsyłam do ostatniej płyty Świetlików). Zajmijmy się czymś autentycznie ciekawym - wojną dzieciorobów z egoistycznymi hedonistami. Tam dopiero są jaja.

W ostatnim wpisie posłużyłem się tym oto plakatem, nie wiedząc nawet, że wokół niego już i tak rozpętała się internetowa burza:                                                                                                                                
Później na jednym z fanpage'ów na Facebooku znalazłem wpis o najróżniejszych formach protestu przeciwko:
"inkwizycyjno-macicznym kampaniom pro-life".
Muszę przyznać, ładnie napisane. Tyle że tego typu "inkwizycyjno-maciczne" kampanie będą, niestety, coraz częstsze. Sam czuję gęsią skórkę, gdy widzę tego typu kiczowate slogany, lecz - cholerka - rozumiem je i doskonale zdaję sobie sprawę, że jak tak dalej pójdzie, to na starość nawet na chleb ze smalcem nie będzie mnie stać, bo ktoś niestety na moją emeryturę musi zarobić, a tu dupa. Inna sprawa jest taka, że gdyby miast durnych plakatów, zaczęto dbać o godziwą opiekę socjalną (nie tylko dla bezrobotnych matek z dziesiątką dzieci, lecz dla każdego, kto chce zostać rodzicem), pewnie efekt byłby lepszy. Ale nie o tym.

Powiedzmy sobie szczerze, bez owijania w bawełnę politycznej poprawności. Na froncie walk pomiędzy tymi, którzy bez dzieci świata nie widzą, a tymi, którzy nie widzą świata z dziećmi u boku, rządzi pogarda jednych do drugich. Skryta za dowcipem, ogładą, erystycznymi popisami, pierdoleniem o cnotach i obowiązkach człowieka (ci z dziećmi) oraz równie irytującym pieprzeniem o wolności, robieniu kariery i samorealizacji do zasranej śmierci (ci bez dzieci). A czasy takie radosne nastały, że nawet jak kasjerka awansuje na kierowniczkę sklepu, od razu zaczyna sobie robić dobrze, nawijając na prawo i lewo o tym, jak to się samorealizuje.

Pogarda jednak sprzęgnięta jest z czymś jeszcze - najzwyklejszą na świecie zazdrością. Mamusie z wózkami i tatusiowie w rozklekotanych kombiakach co jakiś czas patrzą z tęsknotą na tych, którzy może i pracują ponad miarę, lecz za to weekendy są tylko ich; mogą sobie w piątek dać w palnik, bo wiedzą, że w sobotę, prócz leczenia kaca, i tak nie mają zbyt wielu obowiązków. Jak nie zazdrościć tym, którzy swe ciężko zarobione pieniądze mogą wydawać na swoje hobby, wakacje (niekoniecznie 4-dniowe nad Bałtykiem), dobre ciuchy, dobre buty, kino, imprezy. Jak nie zazdrościć mężczyznom, którzy cały czas mogą sobie pozwolić na luksus flirtowania i inwestowania tylko i wyłącznie w siebie. (Swoją drogą, ów "piwny" brzuszek, który pojawia się u tatusiów, niekoniecznie jest od piwa, lecz od resztek, które ojcowie muszą zjadać po swych dzieciach, gdyż żal im wyrzucać jedzenie, skoro kwota na koncie nieubłaganie zbliża się do debetu).

Mamusie i tatusiowie często czują tęsknotę za owym niezobowiązującym egoizmem, lecz wiedzą, że on już nigdy nie wróci, dlatego im bardziej go zazdroszczą, tym głośniej krzyczą, że OBOWIĄZKIEM ISTOTY LUDZKIEJ JEST PROKREACJA!!! Bo już nic innego nim nie zostało.

Lecz tutaj rzecz dziwna. Przecież owi radośni i samorealizujący się egocentrycy powinni co najwyżej machnąć ręką na owe płaczliwe pitolenia. Skoro ktoś nie chce mieć dzieci, nie przekona go do tego żadna, nawet najskuteczniejsza kampania pro-life. Więc - olać to!

Jednak nie. Widocznie owe kampanie jakoś uwierają, w jakiś czuły punkt uderzać muszą, skoro automatycznie tak wielkie oburzenie wywołują. Może owe apele o poszanowanie ludzkiej wolności i niezależności są tylko przykrywką do niewygodnej myśli, która czasami się pojawia w umysłach łaknących wrażeń światowców: kurwa, a może faktycznie kiedyś będę tego wszystkiego żałował... No kochani, nie jest tak? Tę myśl trzeba jak najszybciej zagłuszyć, najlepiej manifestacją, jak to się pięknie samorealizujemy i pniemy po szczeblach kariery.

Pod tym wszystkim kryje się jeszcze jedno pragnienie: każdy z nas chciałby być trzydziestolatkiem do śmierci, pracować góra do pięćdziesiątki, zarabiać ponad 5 patoli, przy tym wszystkim mieć czas na podróże, same przygodne i niezobowiązujące przygody erotyczne, jednak nie przekreślające istnienia tej drugiej połówki u naszego boku. Nauczyć się 15 języków obcych, na fejsie mieć od cholery zdjęć z samych egzotycznych miejsc i najdroższych restauracji, a na starość mieć po tym wszystkim godną emeryturę. (Przepraszam, nie na starość, lecz na późną młodość). A dzieci? Owszem - mieć można, lecz w taki sposób, by nie przeszkadzały w tych wszystkich powyższych poczynaniach, jednak powinny nas kochać, szanować i - jak to się mówi - wyjść na ludzi. A tak się, kurwa, nie da! Więc nie dziwię się tym, którzy świadomie rezygnują z potomstwa. Doskonale wiedzą, jak wiele mogą stracić. Tyle że ktoś, do jasnej ciasnej, te dzieci musi robić. I już choćby za to należy się rodzicom odrobina szacunku.

Albo mamy ciastko, albo zjadamy ciastko. Nie można jeść i mieć jednocześnie. To są elementarne prawidła logiki i nic na to nie poradzimy, choćbyśmy się posrali ze wściekłości. A najlepiej by było, gdyby dzieci mieli tylko ci, którzy autentycznie chcą je mieć, zaś nie mieli ci, którzy mieć ich nie chcą. To by było super. Tyle że bardzo często ci, którzy chcą, mieć nie mogą, a ci, którzy nie chcą - mają. No i są jeszcze ci, którzy sami nie wiedzą, czego chcą. Ale o nich pomilczmy, w końcu to blog dla dorosłych.




środa, 10 czerwca 2015

O byciu mamą i byciu tatą na wybranym przykładzie

Niedawno znalazłem taki oto plakat w czeluściach Facebooka:











Szlachetne i - wobec niżu demograficznego oraz nieustannie starzejącego się społeczeństwa - bezsprzecznie potrzebne.

Jednak wrodzona przewrotność od razu podsunęła mi zgoła inny plakat. Oto 40-letnia kobieta, której talia dawno została pogrzebana pod wałkami tłuszczu, z cyckami do kolan, wymiętolonymi od karmienia pięcioraczków, zmęczona, ale... uśmiechnięta, choć widać ewidentne braki w uzębieniu. Wiadomo, potrzeby mamy zawsze na końcu.

Tej sielankowej scenie towarzyszy hasło:

NIE ZDĄŻYŁAM zrobić kariery, NIE ZDĄŻYŁAM być w Paryżu, NIE ZDĄŻYŁAM kupić domu, ale... ZDĄŻYŁAM ZOSTAĆ WIELORÓDKĄ. HEJ, HO!


Szkoda tylko, że takie mamy - gdy tylko ich pociechy uciekną z gniazda - stają się nieszczęśliwymi kobietami. Całe życie wmawiały sobie, że kwintesencją kobiecości jest macierzyństwo, tyrały, prały, zmywały, zapuszczały swoje ciała. Potem okazało się, że - o zgrozo - nasze dziecko jednak nie jest naszą własnością, a my zaś nie zdążyłyśmy wypracować w sobie żadnego hobby, żadnej pasji.

Może dlatego już w wieku około 12 lat dzieci tracą z nimi dobry kontakt. Oto młódka lub młodzian wchodzą w świat kultury, świat podróży, przyjemności, seksualności, lecz przekaz ze strony mamy jest jasny i klarowny: życie, drogie dzieci, polega przede wszystkim na wychowywaniu dzieci. Tyle że owa esencja matczynego życia zupełnie nie interesuje adolescentów.

Drogie Mamy, Drodzy Ojcowie! Dbajmy o siebie, o swoje pasje, swój wypoczynek, swój rozwój intelektualny. Dwulatka może nie interesuje jeszcze, czy ich mama zna Huellebecqa, lecz szesnastolatek może już zwracać uwagę na takie detale. Poza tym, jako takie obycie w świecie kultury autentycznie pozwala na wnikliwsze przyjrzenie się zainteresowaniom latorośli.

Innymi słowy: chcecie mieć dobry kontakt z dzieciakami? Zrozumcie, że matki to coś więcej niż dojne krowy, a ojcowie to coś więcej niż bankomaty z penisami (wybaczcie schematyzm, lecz nie mam czasu na niuansowanie swych treści). Dzieciaki, wbrew pozorom, szukają autorytetów. Możecie nimi być, tylko bądźcie zadbani intelektualnie do kurwy nędzy! Dziękuję.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Trochę poezji od frustrata

Jeden z fajniejszych wierszy o ojcostwie w starym stylu.

Theodore Roethke

"Walc mojego taty"

Jednym twoim zawianym chuchnięciem
Dzieciak w moim wieku mógł spić się,
Ale lgnąłem do ciebie zawzięcie,
Jakby w tańcu szło o śmierć i życie.
Nasz wariacko rozbrykany walczyk
Strącał w kuchni garnki, trząsł fajansem;
W twarzy matki gniew o lepsze walczył
Z pełnym politowania dystansem.
W twojej pięści (na kostkach szeroki
Ślad otarcia skóry ledwie zasechł)
Znikł mój przegub; gdy myliłeś kroki,
W ucho drapał mnie klamrą twój pasek.
Twardą, czarną od ziemi dłonią
Wybijałeś takt, klepiąc mnie w ciemię,
Aż walc wreszcie do łóżka mnie powiódł,
Wtulonego przez koszulę w ciebie.

 ***
Przetłumaczył najprawdopodobniej Barańczak.

Dziś byśmy chętnie powiedzieli, że bohater owego wiersza to klasyczny anty-tatuś, jednak jest tutaj trudna do zdefiniowania, jednak bardzo szczera, czułość. No, działa na mnie.

niedziela, 7 czerwca 2015

Dzień wolny? Brak!

Drodzy przyszli tatusiowie!

Jedną z pierwszych rzeczy, których musiałem się nauczyć zostawszy ojcem, to sprawa następująca: nie mam już czegoś takiego jak dni wolne. Nie mam! Są, co prawda, dni, w których nie idę do pracy, lecz to wszystko. Weekendy przestały być moimi weekendami. Sobotni wypad do knajpy? Dobre sobie. Niedzielny wypad do kina? Jasne. Tylko dostosuj wpierw harmonogram dnia do stylu życia pewnej małej i rozwrzeszczanej tyranki.

No dobrze. Skoro nie można wyjść z domu, może trzeba sobie rozrywkę zorganizować wewnątrz jego ścian. Zawsze można poczytać książkę, gdy tylko mała zaśnie. Tyle że wtedy człowiek sam także pada na pysk. Zaczynasz rozumieć, dlaczego szczytem intelektualnego wysiłku większości mamuś jest lektura "50 twarzy Greya". Ważne, by zbyt wiele nie myśleć. Tomasza Manna zostawmy singlom. Zaczynasz też rozumieć głębię aforyzmu Nietzchego - "albo dzieci, albo książki".

To może wieczorem film na DVD? Spoko, lecz wpierw uśpij małą tyrankę, a potem oglądaj bardzo, ale to bardzo cicho. Nie ważne, że rok wcześniej kupiłeś sobie wypasiony subwoofer, by basy mile tłukły po bebechach. Jeśli nie chcesz obudzić dzieciaka, odpuść sobie efekty w 5.1., chyba że masz ochotę na usypianie dzieciora do czwartej nad ranem.

To może seksik? Dziękuję! Wiem, czym to się kończy. Swoją drogą to dość ciekawe - niby wiesz, że kopulacja jest ściśle związana z prokreacją, lecz póki sam dziecka nie zrobisz, jakoś do końca nie wierzysz, że to jednak działa. A, cholerka, działa.

Tak więc - Mamusie i Tatusiowie: zostanie rodzicem odziera cię wpierw z czasu wolnego. Są tylko dni, kiedy nie idziesz do pracy, lecz to wcale nie oznacza, że masz wtedy wolny. I pewnego niedzielnego popołudnia wreszcie dopada Was myśl, że obecnie prawdziwy wypoczynek daje Wam tylko praca. Oto nastała ostateczna dojrzałość. Raduj się i delektuj swą odpowiedzialnością.

piątek, 5 czerwca 2015

Czcij ojca swego...

Święta się skończyły, proza życia nastała, można poszargać trochę świętości.

Taa..., nieźle sobie nasza kultura to wymyśliła. Czwarte przykazanie dekalogu: "Czcij ojca swego i matkę swoją" już od okresu adolescencji wydawało mi się gruntownie szemrane. Nie żebym miał pretensje do swych rodziców, co to, to nie, jednak odgórny nakaz obdarzania bezwarunkowym szacunkiem starych jawił mi się jako wytrych, dzięki któremu starszyzna zapewniała sobie wieczne status quo, uzurpując przy tym prawo do takich fraz, jak: "Siedź cicho szczeniaku, bo dorosły gada", "Musisz kochać mamusię", "Ojcu pyskujesz?!", "Szacunku trochę, gówniarzu!!!".

Zadajmy sobie jednak pytanie: dlaczego fakt, że dwie osoby poprzez spółkowanie stworzyły trzecią osobę, ma automatycznie wymuszać szacunek tej trzeciej do dwóch pozostałych? Serio robimy dzieci tylko po to, by obdarzały nas szacunkiem? Pewnie stąd chrześcijański dogmat o bezwarunkowym posłuszeństwie wobec Boga. Bozia cię stworzyła, więc ją szanuj, czcij, kochaj. Nie ważne, że nim stworzyła ciebie, stworzyła też świat, który niekoniecznie jest idealny i nie każdemu ludzkiemu dziełu Boga musi się podobać.

Mamo! Tato! Sprowadziliście mnie na ten padół łez, bez pytania mnie o zdanie. Fakt, nie mieliście jak zapytać, lecz i tak mam wiele zastrzeżeń co do mego pobytu tutaj. I jeśli obdarzam Was szacunkiem i czcią, to nie dlatego, że jesteście moimi rodzicami, lecz dlatego, że jesteście dobrymi rodzicami. Nie wymuszaliście na mnie szacunku, lecz go sobie  w y p r a c o w a l i ś c i e.

Drogie Dzieci, może i w dalszej części wywodu będzie trochę bluzgów, lecz uważam, że są one tutaj w pełni usprawiedliwione. Jeśli Wasz stary chleje co dzień na umór, w weekendy woli od rana wlewać w siebie gorzałę, zamiast bawić się z Wami, to oznacza, że jest kutasem, nie osobą godną czci. Jeśli Wasza mamusia woli zastanawiać się, co na dupę na siebie założy, i wydawać co tydzień 300 zł na nowe ciuchy, zamiast raz na miesiąc 50 zł na fajną zabawkę, również owa pinda na szacunek nie zasługuje. Jeśli jedyną metodą wychowawczą znaną Waszym starym jest klasyczny wpierdol na dupę lub - jeszcze gorzej - w pysk, to wiedzcie, że nie jest to Wasza wina, lecz właśnie starych, którzy nie tyle zasługuję na szacunek, lecz także na rzetelny wjeb, co pewnie większość z Was im uczyni, gdy tylko przestanie się bawić zabawkami, a zacznie sztangami w miejskiej siłowni.

Drodzy Rodzice! Nie nadużywajcie 4. przykazania, gdyż jest to ewidentne pójście na łatwiznę. Zrobienie dzieciaka nie czyni z Was godnych szacunku rodziców. Jeśli chcecie być szanowani, musicie sobie na szacunek zasłużyć. Jak śpiewał wieszcz: "To nie jest wszystko jedno, czy dzieci na wasz widok śmieją się, czy bledną".

Nie jestem idealnym starym i pewnie nigdy nie będę, lecz nie zamierzam od dzieciaka wymagać bezwarunkowego posłuszeństwa i oddania, bo to hipokryzja i znęcanie. Jeśli czasami zachowuję się w stosunku do dziecka jak fiut, dziecko ma prawo to zakomunikować, a ja muszę nauczyć się z tym żyć. Pojeli?

Na deser piosenka o "idealnym" tatusiu. Weźcie sobie do serca.


czwartek, 4 czerwca 2015

Boże Ciało z wałkiem

Nie wiem, jak u was, lecz dla mnie Boże Ciało (wraz z dniami przylegającymi) było zawsze idealnym okresem na rozpoczęcie wszelkich remontów, składań mebli, malowania. Dziś więc biegam - proszę o wybaczenie - z wałkiem w dłoni, gorsząc przy tym bogobojnych sąsiadów.

Że niby - pamiętaj, abyś dzień święty święcił? Racja. Kiedy zabieram się do remontu, to jest to zaiste święto, gdyż remontów nienawidzę całym sercem oraz najgłębszymi zakamarkami duszy. Szkoda tylko, że nie wszyscy potrafią zrozumieć mą formę świętowania, ot choćby sąsiad pod krawatem, wracający z procesji i patrzący na moje ubabrane farbą portki ze szczerym obrzydzeniem. To pewnie dlatego nikt nas nie zaprasza na sobotniego grilla. Jeszczem gotów w połowie imprezy wyciągnąć wałek i począć malować ich altanki w ogrodach.

Pogoda wspaniała, skrzynka piwa się chłodzi na wieczornego grilla, nawet notoryczne podkurwienie jakoś ze mnie uleciało (być może dlatego, że córcia do dziadków została oddana). Świętujmy.


wtorek, 2 czerwca 2015

Literówki, brak przecinkówi i inne byki

Jeszcze jedno. Zazwyczaj staram się pisać starannie, gdyż kocham polszczyznę ponad życie, więc jeśli zauważycie literówkę, brak zgody pomiędzy poszczególnymi członami zdania złożonego, deficyt przecinków lub przeciwnie - ich nadmiar..., po prostu wybaczcie.

Jestem ojcem, a to oznacza, że nie mam aż tyle czasu, by każdy akapit pieścić niczym Hemingway butelczynę whisky. Dzięki za wyrozumiałość.

Born to be wild

Ok. Zacznijmy do tego, że ojcowska miłość od pierwszego wejrzenia okazała się w moim przypadku mitem. Na pewno znacie tę tezę, że matka zaczyna kochać dziecko już w momencie, gdy się dowie, że jest w ciąży, natomiast ojciec dopiero wtedy, gdy ujrzy po raz pierwszy swą pociechę. Otóż, o ile w przypadku mojej żony (nazwijmy ją Ania) sprawdziło się to w 100% (a może nawet i w 200%, gdyż czasami wydaje mi się, że - dajmy na to Ania - pokochała - dajmy na to Oleńkę - na długo przed zagnieżdżeniem się pierwszych komórek Oleńki w jej macicy), o tyle u mnie zupełnie się to nie sprawdziło.

Niestety, jak przez mgłę pamiętam moment, gdy położne wyniosły z sali operacyjnej Oleńkę (cesarka). Spytałem się tylko, czy jest zdrowa. Położna odparła, że zrobiłem córę na dziesiątkę. Chwilę wcześniej rozmawiałem z kumplem, który chwalił się, że wieczorem wybiera się na koncert reaktywowanego Faith no More. Pomyślałem wtedy - cholerka, jak się uwinę szybko w tym szpitalu (tak, tak, ja się uwinę, nie żona, ani też nie Oleńka), MOŻE JESZCZE ZDĄŻĘ UJRZEĆ NA ŻYWO MIKE'A PATTONA. Właśnie takie myśli chodziły mi po głowie, gdy za ścianą żonie rozkrawano brzuch. Dopiero z perspektywy lat widzę, że nie miałem najmniejszego pojęcia, jak bardzo radykalnie zmienia się właśnie moje życie....

Gdy niedawno przejrzałem blogi pisane przez ojców (pobieżnie, przyznaję), ukazał mi się model ojca odpowiedzialnego, przejętego swym ojcostwem, lubiącego dawać rady, pouczenia i manifestującego bardzo odważnie swe rodzicielskie brzemię. I pomyślałem wtedy: kurwa, w życiu nie byłbym w stanie prowadzić takiej strony. Nie mam zamiaru dawać żadnych porad, ani też piać z radością, jak to cudownie się realizowałem wynosząc pieluszki. Nic z tych rzeczy. Interesują mnie raczej te momenty, kiedy ojciec autentycznie staje na skraju wytrzymałości - nerwowej, psychicznej, fizycznej. Kiedy ma ochotę się wydrzeć: pierdolę to wszystko, idę na piwo, wracam za tydzień - lecz tępe poczucie obowiązku powstrzymuje go przed tym. O tym będzie ten blog. O podkurwieniu ojca. A czasami o innych rodzicach - mamusiach i tatusiach, którzy zbyt łatwo zapominają, że człowiek nie może być tylko mamą lub tylko tatą.

Tylko nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Kocham córkę (choć przyznam, że droga do tej miłości była pokrętna) i uważam, że w rankingu tatusiów raczej ostatniego miejsca bym nie zajął, tyle że...

ojcostwo nigdy nie było stanem pożądanym przeze mnie. Nie chodzi też o to, że myślałem o nim z niechęcią. Generalnie - wcale o nim nie myślałem. Gdy dowiedziałem się, że właśnie dołączyłem do grona tatusiów, przyjąłem to racze ze spokojem. Praca jest, umowa na stałe jest, fajna mamuśka o boku jest... dobra, już mogę być tym ojcem. O Bogowie! Co ja wtedy wiedziałem o życiu? Nic!

Dzięki Ci córeczko za te liczne iluminacje, których doznałem dzięki Tobie. Czasami potrafisz wkurwić, lecz kocham Cię nad życie.

Miłej lektury.  :)