niedziela, 28 czerwca 2015

Powody, dla których nie warto mieć dzieci

Kadr z filmu "Kochany urwis"
Od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie obszerna, bezczelna i subiektywna lista wszystkich ZA i PRZECIW związanych z posiadaniem dzieci. Napisana tak o!, dla własnej przyjemności. Po jakimś czasie doszedłem jednak do wniosku, że takiego przedsięwzięcia nie da się napisać za jednym zamachem, dlatego też lista, którą inicjuje ów wpis, będzie otwarta i systematycznie uzupełniania. Aha - będzie pisana tylko i wyłącznie z męskiego punktu widzenia. Nie jestem jasnowidzem i nie mam zamiaru wpieprzać się w kobiece refleksje na ten temat. Jednak, jeśli jakaś pani zechciałaby owe przemyślenia spisać, chętnie je tutaj umieszczę.

Uwagi dotyczące przeoczeń w moich wyliczeniach, piszcie w komentarzach.

A że jakoś łatwiej (sam nie wiem dlaczego) jest mi zacząć od argumentów PRZECIW, na pierwszy ogień pójdą właśnie one.

Zatem, w kilku punktach - dlaczego warto pozostać bezdzietnym:


  1. O wiele łatwiej być wtedy zapatrzoną w siebie egoistyczną mendą, a wiadomo, że każdy z nas od czasu do czasu lubi kimś takowym być.
  2. O wiele łatwiej uskutecznić rozstanie z partnerem tudzież rozwód. Dzieciak zawsze komplikuje tego typu przedsięwzięcia ludzi dorosłych.
  3. Forsa - po opłacieniu rachunków, kredytów, rat i zaopatrzeniu się w niezbędną ilość jedzenia i picia, reszta kasy (o ile ci zostanie takowa) jest tylko i wyłącznie do twej dyspozycji.
  4. Porządek w domu - jeśli sam sobie nie naświnisz, nikt tego za ciebie nie zrobi.
  5. Remonty - możesz sobie ze spokojem malować mieszkanie, bez obaw, że po tygodniu roześmiane bobo narysuje ci na ścianach grafiki w stylu pijanego Picassa z zaawansowanym Parkinsonem.
  6. Seks - możesz go uprawiać głośno i przy świetle. Zawsze. O ile masz z kim.
  7. Nie musisz oglądać po raz 20. "Krainy lodu" oraz tych wszystkich durnych bajeczek z MiniMini +.
  8. Wakacje - nie ograniczają się do wydawania forsy na atrakcje dla dzieciaka oraz grzecznego grilla, który kończy się przed 21:00.
  9. Kac - w weekendy masz czas, by go spokojnie wyleczyć.
  10. A jak już jesteśmy przy wolnym czasie - faktycznie go masz. Istnieje podział: czas pracy - czas wypoczynku. I wypoczywasz.
  11. Na święta kupujesz przynajmniej o jeden prezent mniej.
  12. Nie musisz się bać, że córka w przyszłości przyprowadzi ci do domu narkomana-artystę, który będzie ci podszczypywać żonę.
  13. Nie musisz też się bać, że twój syn zostanie owym narkomanem-artystą.
  14. Nie musisz wychodzić na głąba, gdy dziecko prosi cię o pomoc w zadaniu domowym, a ty za cholerę nie wiesz, jak je zrobić.
  15. Masz czas na spotykanie się z ciekawymi ludźmi, nie tylko innymi rodzicami, którzy w większości są beznadziejnie nudni (więcej o tym w późniejszych postach).
  16. Masz czas na kino, teatr, koncerty, i te wszystkie inne fajne rzeczy, które są niestety mocno ograniczone, gdy jednak zdecydujesz się na posiadanie dziecka.
  17. Ogród przy twoim domu nie jest sukcesywnie zaśmiecany hustawkami, zjeżdżalniami i trampolinami.
  18. W samochodzie masz porządek.
  19. Na twoich fotelach i kanapach nie ma raczej resztek po wszelkim możliwych płynach i substancjach wydzielanych przez ludzki organizm.
  20. NIE MUSISZ SIĘ BABRAĆ W PIELUSZKACH!!!
  21. Nie musisz cały czas uważać na to, co mówisz.
  22. Możesz klnąć, ile dusza zapragnie.
  23. Możesz palić.
  24. Nie musisz się zastanawiać nad wstydliwą, lecz jakże ważną dla ciebie kwestią - czy ciało twej kobiety, wymęczone ciążą, porodem, karmieniem piersią, będzie równie seksowne jak przed tym całym zamieszaniem.
  25. Możesz autentycznie dbać o swe życie wewnętrzne, czyli - wracając do punktu 1., być egoistycznym dupkiem. Wierzcie mi, bycie egoistycznym dupkiem, o ile ma się choć odrobinę charyzmy, działa na kobitki jak magnes. Chyba, że masz dzieci. Wtedy dupa.

Na dzisiaj wszystko. Jeśli mi się coś przypomni, dodam w oddzielnym poście. Czekam też na wasze uwagi. A już za kilka dni - POWODY, DLA KTÓRYCH WARTO MIEĆ DZIECI.

czwartek, 25 czerwca 2015

Mamuśki z placów zabaw (część pierwsza)

Kiedy nie byłem jeszcze tatą, wydawało mi się, że jedną z niewątpliwych zalet ojcostwa jest możliwość bliższego poznania tych wszystkich fajnych młodych mamusiek z placów zabaw. W krótkich bluzeczkach, legginsach, roześmianych, z włosami w lekkim nieładzie aż prosiły się, by podejść i wdać się w niezobowiązujący flirt. Tyle że nie posiadając dziecka, nie miałem żadnego powodu, by przekraczać kolorowe bramy tego typu przybytków. Dlatego też, gdy córka trochę podrosła, z nieukrywaną radością zacząłem się wybierać z nią na tak zwane huśtawki. No i muszę przyznać, że moje pierwsze spotkanie z obcą mamuśką na placu zabaw należało raczej do osobliwych.

Gdy przybyłem z córką na miejsce, nie było nikogo. Wsadziłem ją w huśtawkę odpowiednią dla jej wieku i począłem bujać, odlatując przy tym myślami - jak to pisał poeta - w nieskończone przestrzenie nieziemskiego świata. Po dziesięciu minutach przy karuzeli obok dosiadło się dwóch chłopców w wieku około 8-9 lat. Mała, widząc owe poruszenie, od razu zapragnęła przesiąść się na karuzelę. Wyciągnęła do mnie rączki, dając znać, że huśtawka już ją znudziła i chce czegoś innego. Wiadomo czego. Być bliżej chłopaków. No to podreptaliśmy w ich kierunku.

Załadowałem małą na karuzelę i zacząłem ją kręcić, przysłuchując się mimowolnie rozmowie chłopców. Wynikało z niej, że jeden z nich będzie mieć dzisiaj - cytuję - przejebane, bo niejaki Salceson chce mu po południu wpierdolić. Ustawka ma być pod jakimś płotem. No i trzeba się tam pojawić, gdyż nieobecność nie będzie usprawiedliwiona i rzutować zacznie złowieszczo na prestiż społeczny zainteresowanego.

Nie powiem, podziwiałem szczyla. Drobny jak kijanka, chudziutki, widać, że robi pod siebie ze strachu, lecz był nieustępliwy w swym postanowieniu starcia się z Salcesonem. W końcu spytałem, ile lat ma ów Salceson. Chłopak odpowiedział, że trzynaście. Oczyma wyobraźni od razu ujrzałem krępego gówniarza, pełnego kompleksów, trzymającego pod łóżkiem pornosy i bojącego się jak diabli ojca, który zapewne również wyglądał jak Salceson, tylko już trochę po terminie przydatności do spożycia. Jedynym sposobem małego Salcesona na rozładowanie lęku jest zapewne szukanie bójki z dzieciakami, których bez najmniejszych problemów będzie w stanie pokonać. Innymi słowy - chłopcy siedzący obok mnie stali się ofiarami wyjątkowo wrednego typa, który w przyszłości zmajstruje jakiejś siedemnastolatce dzieciaka i rozpocznie konsekwentnie prowadzoną karierę przytelewizyjnego piwożłopa.

Już chciałem coś mądrego odpowiedzieć, gdy nagle z pobliskiego domu wyskoczyła jakaś kobieta, drąc się na histerycznie: - Tomek! Tomek! Natychmiast marsz na obiad! Niby oczywista sytuacja, lecz coś w jej głosie mi mówiło, że to nie o obiad chodzi, ale o mnie. Kobieta podeszła bliżej, przyjrzała się chłopakom, przyjrzała się mnie, na końcu przyjrzała się mojej córce, aż wreszcie... ulga pojawiła się na jej twarzy. Oto zrozumiała, że jej Tomeczek nie rozmawia z jakiś przyhuśtawkowym pojebańcem, pragnącym go nakłonić do fellatio za Snickersa, lecz zwykłym ojcem, który pojawił się na placu zabaw w najzupełniej poczciwych zamiarach. Chociaż cień podejrzliwości cały czas jej nie opuszczał. Może nawet pomyślała - patrzcie, jakie sprytne te zboczeńce teraz, już z własnymi dzieciakami przychodzą. W każdym razie na dowidzenia rzekła: - Dobrze Tomuś, zostań jeszcze chwilkę. ALE NIE MASZ WŁAZIĆ NA DRABINKI, BO ZNOWU Z NICH ZLECISZ! I odeszła, zerkając jeszcze raz czy dwa przez ramię.

Chwilę później córci karuzela się znudziła i poszliśmy do domu. Do dziś nie powróciliśmy na ten plac zabaw. I tak był chujowy.

Pamiętam jeszcze kilka innych mamuś, lecz opowiem o nich później. Tak czy owak - z miłego, niezobowiązujące flirtu póki co nici.

piątek, 19 czerwca 2015

Karmienie cyckiem w miejscu publicznym

Źródło: Huffington Post.com
Parafrazując popularne porzekadło - nie mam cycków, to się wypowiem. Co jakiś czas wraca jak bumerang temat matek karmiących piersią w miejscach publicznych. Jedni pieją, że ohyda, drudzy psalmy śpiewają, że nie, że naturalne i w naturalności swej piękne.

A ja mówię - odpierdolcie się od matek i ich cycków. Zwłaszcza ci, którzy zupełnie nie mają pojęcia, jak to fajnie, kiedy w środku miasta dzieciak zaczyna beczeć, bo jest głodny. Serio, w Kaplicy Sykstyńskiej by się dało cycka w takich sytuacjach. A jak zjawi się mądrala, który napisze: "to trzeba wcześniej myśleć, by dzieciak na mieście nie zaczął wariować", powiem mu także szczere - pierdol się.

Z drugiej strony patrząc, dziwne to, że w kulturze, która bombarduje nas cyckami zewsząd, tak trudno zdzierżyć kobietę, która używa piersi do tego, co jest generalnie jej główną funkcją. No cholera - na Vivie baba śpiewa, co jadła na śniadanie, a cyckiem macha jak na castingu do pornola. W "Gali" gwiazdeczka zwierza się, jak to ciężko zniosła rozstanie ze swym partnerem, a na zdjęciach z sesji cyckiem się chwali, jakby ewidentnie rozpoczęła szukać kolejnego samca. Jedziesz miastem, widzisz reklamę firmy instalującej systemy centralnego ogrzewania. A co na niej? Cycata baba, nad którą umieszczono slogan: MY CIĘ DOPIERO ROZGRZEJEMY.

Odpalasz net - jak nie koty, to cycki. Nawet, gdy pytasz się na fejsie, kto ma pożyczyć wiertarkę udarową, dodajesz zdjęcie cycatej babki, by była pewność, że samce przeczytają.

Lubię cycki, jestem ich zagorzałym fanem i wyznawcą, lecz nie w każdym kontekście one pasują. Niedługo firmy pogrzebowe będą w ulotkach reklamowych dawać zdjęcia cycków, opatrzone hasłem: "Gdy sutki zesztywnieją na amen...".

Dlatego też jeszcze raz i głośno orzekam - odpierdolcie się od matek karmiących piersią w miejscach publicznych. A jak nie możecie wytrzymać tego bulwersującego widoku, weźcie komórę, wejdźcie do sieci i pooglądajcie se, nie wiem, ot chociażby cycki.

A PROPOS, FAJNA SESJA ZDJĘCIOWA :)

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Uczmy się od kobiet

Panowie - dziękujmy za emancypację kobiet. Dziękujmy feministkom za wytrwałe uświadamianie ludzkości, jak to gnębioną przez wieki istotą była kobieta. Tym bardziej, że większość przekazu feministek to najczystsza prawda. Długo sobie ludzki samiec folgował - co do tego, nie ma wątpliwości, lecz nigdy, powtarzam, nigdy w dziejach mężczyzna nie miał tak dobrze, by cokolwiek nie zrobił, było bądź słuszne, bądź godne współczucia.

Kilka przykładów:

Kobieta nie może się zrealizować jako matka, gdyż musi wpierw uzyskać odpowiednią pozycję w firmie. Współczujmy. Wszak okrutny to system, który zmusza kobietę do takich wyborów. Co nie zmienia faktu, że jeszcze nie tak dawno dbający tylko i wyłącznie o swą karierę facet byłby moralnie podejrzaną mendą, potrafiącą zainteresować tylko zblazowane gówniary.

Inny przykład - kobieta rezygnuje z kariery, by się realizować jako matka. Współczujemy. To przecież na fundamentach męskiego szowinistycznego świata zbudowano tak opresyjne warunki dla rodzicielek. Zaś facet biorący urlop tacierzyński, nawet gdy go bierze w kluczowym momencie swej kariery, będzie w najlepszym wypadku tylko anomalią społeczną (którą faktycznie jest), w najgorszym zaś pipą z fallusem. I nie pomogą wyznania, jak to się realizujemy, i jak to cudnie odkrywać w sobie tę kobiecą cząstkę męskiej natury. Kobiece czasopisma będą, co prawda, roztkliwiać się nad tą nowoczesną wersją męskości, lecz w głębi serca trudno większości kobiet wyobrazić sobie, by ów superfacet, tańczący z pieluszkami i talkiem cały dzień, miał pod jego koniec zerżnąć je, jak na samca przystało.

Tfu! Herezje. Może i tak, lecz to właśnie za herezjami najczęściej kryje się bolesna prawda. Kilkakrotnie w pismach dla pań spotkałem się z opinią, że faceci przejmujący role mamuś, może i są niewymiernie bardziej pomocni w domu, lecz bzykają się statystycznie dużo rzadziej od swych oldscholoowych kolegów.

Kolejny przykład, coraz częściej spotykany w prasie kobiecej - mianowicie mamy, które z jakiegoś powodu nie potrafią szczerze pokochać swych dzieci. Nie mam zamiaru z tego drwić, gdyż to autentycznie dramat, zatem współczujemy, ale... ojciec, który wpierw spłodził dzieciaka, a potem go olewa, to nadal klasyczny przykład doszczętego bydlaka. Tyle w temacie.

Na koniec scenka rodzajowa spoza tematyki rodzicielskiej. Oto kobieta kupuje sobie wielgachnego dildosa. Brawo! Jaka odwaga, jak pięknie manifestuje swe potrzeby. To na pewno jej pomoże w paznaniu swej seksualności. Nauczy się swego ciała i będzie miała odwagę mówić, czego oczekuje w łóżku. Następnym klientem jest gostek, który chce kupić sobie sztuczną waginę... Współczujemy? W najlepszym wypadku. Na ogół czujemy mieszankę politowania z obrzydzeniem.Tylko ostatni frajer kupuje takie gadżety.

Wyolbrzymiam. Wiem. Wybaczcie. Lecz do cholerki, my, ojcowie, też mamy swoje dramaty, też chcemy być utuleni. A jesteśmy już od momentu iniekcji swych plemników w ciało kobiety na przegranej pozycji. Bo jesteśmy tylko tymi, co wpadli sobie podupczyć, bo to nie my nosimy dzieciaka w brzuchu, to nie my musimy rodzić, to kobieta jest SKAZANA na siedzenie z dzieciakiem w domu, a nawet jak wraca do pracy, przeżywa to dużo boleśniej niż facet. Ciągle, kurwa, pod górkę, tylko dlatego, że nam bozia poskąpiła pochwy!

A chciałbym taką historię kiedyś przeczytać: oto mężczyzna, który bardzo, ale to bardzo kocha swą kobietę. Kobieta pragnie mieć dziecko, on niekoniecznie, lecz nie wyobraża sobie życia bez niej, więc zgadza się zostać ojcem, wbrew własnym uczuciom. Gdy dzieciak się rodzi, wpierw czuje tępe poczucie obowiązku, nie ojcowską miłość. Musi wypracować ją w sobie, niczym trudną sztukę walki. Treningi są mordercze, wręcz gwałcące jego psychikę, lecz on wmawia sobie, że to jest właśnie dojrzałość, i że tylko w ten sposób wejdzie do grona prawdziwych facetów. Okłamywanie siebie boli, lecz wreszcie przynosi skutki, cholerka, przynosi. Może nie jest ojcem na miarę Roberta "Litzy" Friedricha, lecz na tyle dobrym, że dzieciak kilka razy na dzień mówi mu, jak bardzo go kocha. Piękna scena, lecz nikt nie wie i nigdy się nie dowie, jak kurewsko trudną pracę musiał wykonać, by osiągnąć ten poziom wtajemniczenia. Do dzisiejszego dnia czuje czasami, że żyje cudzym życiem i nadal się dziwi,że ktoś mówi mu tato, choć bez wątpienia kocha i jest kochany. A cała ta historia streszcza się jednym słowem: poświęcenie.

I jak? Współczujemy?


piątek, 12 czerwca 2015

Mieć dziecko lub zjeść dziecko

Naród nasz waleczny i czasu pokoju nie lubi. Kiedy nie trzeba już się wkurwiać na Rosjan i Niemców (choć i tutaj zdania są podzielone), z iście cyrkową zręcznością wyszukujemy sobie inne cele do nielubienia (zamierzony eufemizm).

Nie ma czasu na banały, więc odpuśćmy sobie walki na froncie PO-PiS, bo są już nudne, oklepane i kto wie, czy jesienią się nie zakończą rozejmem. Odpuśćmy sobie front walk ateuszów bez krztyny przyzwoitości z katolami, którzy jako jedyni w tym kraju poznali PRAWDĘ. Odpuśćmy sobie wojnę palących z niepalącymi (zainteresowanych odsyłam do ostatniej płyty Świetlików). Zajmijmy się czymś autentycznie ciekawym - wojną dzieciorobów z egoistycznymi hedonistami. Tam dopiero są jaja.

W ostatnim wpisie posłużyłem się tym oto plakatem, nie wiedząc nawet, że wokół niego już i tak rozpętała się internetowa burza:                                                                                                                                
Później na jednym z fanpage'ów na Facebooku znalazłem wpis o najróżniejszych formach protestu przeciwko:
"inkwizycyjno-macicznym kampaniom pro-life".
Muszę przyznać, ładnie napisane. Tyle że tego typu "inkwizycyjno-maciczne" kampanie będą, niestety, coraz częstsze. Sam czuję gęsią skórkę, gdy widzę tego typu kiczowate slogany, lecz - cholerka - rozumiem je i doskonale zdaję sobie sprawę, że jak tak dalej pójdzie, to na starość nawet na chleb ze smalcem nie będzie mnie stać, bo ktoś niestety na moją emeryturę musi zarobić, a tu dupa. Inna sprawa jest taka, że gdyby miast durnych plakatów, zaczęto dbać o godziwą opiekę socjalną (nie tylko dla bezrobotnych matek z dziesiątką dzieci, lecz dla każdego, kto chce zostać rodzicem), pewnie efekt byłby lepszy. Ale nie o tym.

Powiedzmy sobie szczerze, bez owijania w bawełnę politycznej poprawności. Na froncie walk pomiędzy tymi, którzy bez dzieci świata nie widzą, a tymi, którzy nie widzą świata z dziećmi u boku, rządzi pogarda jednych do drugich. Skryta za dowcipem, ogładą, erystycznymi popisami, pierdoleniem o cnotach i obowiązkach człowieka (ci z dziećmi) oraz równie irytującym pieprzeniem o wolności, robieniu kariery i samorealizacji do zasranej śmierci (ci bez dzieci). A czasy takie radosne nastały, że nawet jak kasjerka awansuje na kierowniczkę sklepu, od razu zaczyna sobie robić dobrze, nawijając na prawo i lewo o tym, jak to się samorealizuje.

Pogarda jednak sprzęgnięta jest z czymś jeszcze - najzwyklejszą na świecie zazdrością. Mamusie z wózkami i tatusiowie w rozklekotanych kombiakach co jakiś czas patrzą z tęsknotą na tych, którzy może i pracują ponad miarę, lecz za to weekendy są tylko ich; mogą sobie w piątek dać w palnik, bo wiedzą, że w sobotę, prócz leczenia kaca, i tak nie mają zbyt wielu obowiązków. Jak nie zazdrościć tym, którzy swe ciężko zarobione pieniądze mogą wydawać na swoje hobby, wakacje (niekoniecznie 4-dniowe nad Bałtykiem), dobre ciuchy, dobre buty, kino, imprezy. Jak nie zazdrościć mężczyznom, którzy cały czas mogą sobie pozwolić na luksus flirtowania i inwestowania tylko i wyłącznie w siebie. (Swoją drogą, ów "piwny" brzuszek, który pojawia się u tatusiów, niekoniecznie jest od piwa, lecz od resztek, które ojcowie muszą zjadać po swych dzieciach, gdyż żal im wyrzucać jedzenie, skoro kwota na koncie nieubłaganie zbliża się do debetu).

Mamusie i tatusiowie często czują tęsknotę za owym niezobowiązującym egoizmem, lecz wiedzą, że on już nigdy nie wróci, dlatego im bardziej go zazdroszczą, tym głośniej krzyczą, że OBOWIĄZKIEM ISTOTY LUDZKIEJ JEST PROKREACJA!!! Bo już nic innego nim nie zostało.

Lecz tutaj rzecz dziwna. Przecież owi radośni i samorealizujący się egocentrycy powinni co najwyżej machnąć ręką na owe płaczliwe pitolenia. Skoro ktoś nie chce mieć dzieci, nie przekona go do tego żadna, nawet najskuteczniejsza kampania pro-life. Więc - olać to!

Jednak nie. Widocznie owe kampanie jakoś uwierają, w jakiś czuły punkt uderzać muszą, skoro automatycznie tak wielkie oburzenie wywołują. Może owe apele o poszanowanie ludzkiej wolności i niezależności są tylko przykrywką do niewygodnej myśli, która czasami się pojawia w umysłach łaknących wrażeń światowców: kurwa, a może faktycznie kiedyś będę tego wszystkiego żałował... No kochani, nie jest tak? Tę myśl trzeba jak najszybciej zagłuszyć, najlepiej manifestacją, jak to się pięknie samorealizujemy i pniemy po szczeblach kariery.

Pod tym wszystkim kryje się jeszcze jedno pragnienie: każdy z nas chciałby być trzydziestolatkiem do śmierci, pracować góra do pięćdziesiątki, zarabiać ponad 5 patoli, przy tym wszystkim mieć czas na podróże, same przygodne i niezobowiązujące przygody erotyczne, jednak nie przekreślające istnienia tej drugiej połówki u naszego boku. Nauczyć się 15 języków obcych, na fejsie mieć od cholery zdjęć z samych egzotycznych miejsc i najdroższych restauracji, a na starość mieć po tym wszystkim godną emeryturę. (Przepraszam, nie na starość, lecz na późną młodość). A dzieci? Owszem - mieć można, lecz w taki sposób, by nie przeszkadzały w tych wszystkich powyższych poczynaniach, jednak powinny nas kochać, szanować i - jak to się mówi - wyjść na ludzi. A tak się, kurwa, nie da! Więc nie dziwię się tym, którzy świadomie rezygnują z potomstwa. Doskonale wiedzą, jak wiele mogą stracić. Tyle że ktoś, do jasnej ciasnej, te dzieci musi robić. I już choćby za to należy się rodzicom odrobina szacunku.

Albo mamy ciastko, albo zjadamy ciastko. Nie można jeść i mieć jednocześnie. To są elementarne prawidła logiki i nic na to nie poradzimy, choćbyśmy się posrali ze wściekłości. A najlepiej by było, gdyby dzieci mieli tylko ci, którzy autentycznie chcą je mieć, zaś nie mieli ci, którzy mieć ich nie chcą. To by było super. Tyle że bardzo często ci, którzy chcą, mieć nie mogą, a ci, którzy nie chcą - mają. No i są jeszcze ci, którzy sami nie wiedzą, czego chcą. Ale o nich pomilczmy, w końcu to blog dla dorosłych.




środa, 10 czerwca 2015

O byciu mamą i byciu tatą na wybranym przykładzie

Niedawno znalazłem taki oto plakat w czeluściach Facebooka:











Szlachetne i - wobec niżu demograficznego oraz nieustannie starzejącego się społeczeństwa - bezsprzecznie potrzebne.

Jednak wrodzona przewrotność od razu podsunęła mi zgoła inny plakat. Oto 40-letnia kobieta, której talia dawno została pogrzebana pod wałkami tłuszczu, z cyckami do kolan, wymiętolonymi od karmienia pięcioraczków, zmęczona, ale... uśmiechnięta, choć widać ewidentne braki w uzębieniu. Wiadomo, potrzeby mamy zawsze na końcu.

Tej sielankowej scenie towarzyszy hasło:

NIE ZDĄŻYŁAM zrobić kariery, NIE ZDĄŻYŁAM być w Paryżu, NIE ZDĄŻYŁAM kupić domu, ale... ZDĄŻYŁAM ZOSTAĆ WIELORÓDKĄ. HEJ, HO!


Szkoda tylko, że takie mamy - gdy tylko ich pociechy uciekną z gniazda - stają się nieszczęśliwymi kobietami. Całe życie wmawiały sobie, że kwintesencją kobiecości jest macierzyństwo, tyrały, prały, zmywały, zapuszczały swoje ciała. Potem okazało się, że - o zgrozo - nasze dziecko jednak nie jest naszą własnością, a my zaś nie zdążyłyśmy wypracować w sobie żadnego hobby, żadnej pasji.

Może dlatego już w wieku około 12 lat dzieci tracą z nimi dobry kontakt. Oto młódka lub młodzian wchodzą w świat kultury, świat podróży, przyjemności, seksualności, lecz przekaz ze strony mamy jest jasny i klarowny: życie, drogie dzieci, polega przede wszystkim na wychowywaniu dzieci. Tyle że owa esencja matczynego życia zupełnie nie interesuje adolescentów.

Drogie Mamy, Drodzy Ojcowie! Dbajmy o siebie, o swoje pasje, swój wypoczynek, swój rozwój intelektualny. Dwulatka może nie interesuje jeszcze, czy ich mama zna Huellebecqa, lecz szesnastolatek może już zwracać uwagę na takie detale. Poza tym, jako takie obycie w świecie kultury autentycznie pozwala na wnikliwsze przyjrzenie się zainteresowaniom latorośli.

Innymi słowy: chcecie mieć dobry kontakt z dzieciakami? Zrozumcie, że matki to coś więcej niż dojne krowy, a ojcowie to coś więcej niż bankomaty z penisami (wybaczcie schematyzm, lecz nie mam czasu na niuansowanie swych treści). Dzieciaki, wbrew pozorom, szukają autorytetów. Możecie nimi być, tylko bądźcie zadbani intelektualnie do kurwy nędzy! Dziękuję.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Trochę poezji od frustrata

Jeden z fajniejszych wierszy o ojcostwie w starym stylu.

Theodore Roethke

"Walc mojego taty"

Jednym twoim zawianym chuchnięciem
Dzieciak w moim wieku mógł spić się,
Ale lgnąłem do ciebie zawzięcie,
Jakby w tańcu szło o śmierć i życie.
Nasz wariacko rozbrykany walczyk
Strącał w kuchni garnki, trząsł fajansem;
W twarzy matki gniew o lepsze walczył
Z pełnym politowania dystansem.
W twojej pięści (na kostkach szeroki
Ślad otarcia skóry ledwie zasechł)
Znikł mój przegub; gdy myliłeś kroki,
W ucho drapał mnie klamrą twój pasek.
Twardą, czarną od ziemi dłonią
Wybijałeś takt, klepiąc mnie w ciemię,
Aż walc wreszcie do łóżka mnie powiódł,
Wtulonego przez koszulę w ciebie.

 ***
Przetłumaczył najprawdopodobniej Barańczak.

Dziś byśmy chętnie powiedzieli, że bohater owego wiersza to klasyczny anty-tatuś, jednak jest tutaj trudna do zdefiniowania, jednak bardzo szczera, czułość. No, działa na mnie.

niedziela, 7 czerwca 2015

Dzień wolny? Brak!

Drodzy przyszli tatusiowie!

Jedną z pierwszych rzeczy, których musiałem się nauczyć zostawszy ojcem, to sprawa następująca: nie mam już czegoś takiego jak dni wolne. Nie mam! Są, co prawda, dni, w których nie idę do pracy, lecz to wszystko. Weekendy przestały być moimi weekendami. Sobotni wypad do knajpy? Dobre sobie. Niedzielny wypad do kina? Jasne. Tylko dostosuj wpierw harmonogram dnia do stylu życia pewnej małej i rozwrzeszczanej tyranki.

No dobrze. Skoro nie można wyjść z domu, może trzeba sobie rozrywkę zorganizować wewnątrz jego ścian. Zawsze można poczytać książkę, gdy tylko mała zaśnie. Tyle że wtedy człowiek sam także pada na pysk. Zaczynasz rozumieć, dlaczego szczytem intelektualnego wysiłku większości mamuś jest lektura "50 twarzy Greya". Ważne, by zbyt wiele nie myśleć. Tomasza Manna zostawmy singlom. Zaczynasz też rozumieć głębię aforyzmu Nietzchego - "albo dzieci, albo książki".

To może wieczorem film na DVD? Spoko, lecz wpierw uśpij małą tyrankę, a potem oglądaj bardzo, ale to bardzo cicho. Nie ważne, że rok wcześniej kupiłeś sobie wypasiony subwoofer, by basy mile tłukły po bebechach. Jeśli nie chcesz obudzić dzieciaka, odpuść sobie efekty w 5.1., chyba że masz ochotę na usypianie dzieciora do czwartej nad ranem.

To może seksik? Dziękuję! Wiem, czym to się kończy. Swoją drogą to dość ciekawe - niby wiesz, że kopulacja jest ściśle związana z prokreacją, lecz póki sam dziecka nie zrobisz, jakoś do końca nie wierzysz, że to jednak działa. A, cholerka, działa.

Tak więc - Mamusie i Tatusiowie: zostanie rodzicem odziera cię wpierw z czasu wolnego. Są tylko dni, kiedy nie idziesz do pracy, lecz to wcale nie oznacza, że masz wtedy wolny. I pewnego niedzielnego popołudnia wreszcie dopada Was myśl, że obecnie prawdziwy wypoczynek daje Wam tylko praca. Oto nastała ostateczna dojrzałość. Raduj się i delektuj swą odpowiedzialnością.

piątek, 5 czerwca 2015

Czcij ojca swego...

Święta się skończyły, proza życia nastała, można poszargać trochę świętości.

Taa..., nieźle sobie nasza kultura to wymyśliła. Czwarte przykazanie dekalogu: "Czcij ojca swego i matkę swoją" już od okresu adolescencji wydawało mi się gruntownie szemrane. Nie żebym miał pretensje do swych rodziców, co to, to nie, jednak odgórny nakaz obdarzania bezwarunkowym szacunkiem starych jawił mi się jako wytrych, dzięki któremu starszyzna zapewniała sobie wieczne status quo, uzurpując przy tym prawo do takich fraz, jak: "Siedź cicho szczeniaku, bo dorosły gada", "Musisz kochać mamusię", "Ojcu pyskujesz?!", "Szacunku trochę, gówniarzu!!!".

Zadajmy sobie jednak pytanie: dlaczego fakt, że dwie osoby poprzez spółkowanie stworzyły trzecią osobę, ma automatycznie wymuszać szacunek tej trzeciej do dwóch pozostałych? Serio robimy dzieci tylko po to, by obdarzały nas szacunkiem? Pewnie stąd chrześcijański dogmat o bezwarunkowym posłuszeństwie wobec Boga. Bozia cię stworzyła, więc ją szanuj, czcij, kochaj. Nie ważne, że nim stworzyła ciebie, stworzyła też świat, który niekoniecznie jest idealny i nie każdemu ludzkiemu dziełu Boga musi się podobać.

Mamo! Tato! Sprowadziliście mnie na ten padół łez, bez pytania mnie o zdanie. Fakt, nie mieliście jak zapytać, lecz i tak mam wiele zastrzeżeń co do mego pobytu tutaj. I jeśli obdarzam Was szacunkiem i czcią, to nie dlatego, że jesteście moimi rodzicami, lecz dlatego, że jesteście dobrymi rodzicami. Nie wymuszaliście na mnie szacunku, lecz go sobie  w y p r a c o w a l i ś c i e.

Drogie Dzieci, może i w dalszej części wywodu będzie trochę bluzgów, lecz uważam, że są one tutaj w pełni usprawiedliwione. Jeśli Wasz stary chleje co dzień na umór, w weekendy woli od rana wlewać w siebie gorzałę, zamiast bawić się z Wami, to oznacza, że jest kutasem, nie osobą godną czci. Jeśli Wasza mamusia woli zastanawiać się, co na dupę na siebie założy, i wydawać co tydzień 300 zł na nowe ciuchy, zamiast raz na miesiąc 50 zł na fajną zabawkę, również owa pinda na szacunek nie zasługuje. Jeśli jedyną metodą wychowawczą znaną Waszym starym jest klasyczny wpierdol na dupę lub - jeszcze gorzej - w pysk, to wiedzcie, że nie jest to Wasza wina, lecz właśnie starych, którzy nie tyle zasługuję na szacunek, lecz także na rzetelny wjeb, co pewnie większość z Was im uczyni, gdy tylko przestanie się bawić zabawkami, a zacznie sztangami w miejskiej siłowni.

Drodzy Rodzice! Nie nadużywajcie 4. przykazania, gdyż jest to ewidentne pójście na łatwiznę. Zrobienie dzieciaka nie czyni z Was godnych szacunku rodziców. Jeśli chcecie być szanowani, musicie sobie na szacunek zasłużyć. Jak śpiewał wieszcz: "To nie jest wszystko jedno, czy dzieci na wasz widok śmieją się, czy bledną".

Nie jestem idealnym starym i pewnie nigdy nie będę, lecz nie zamierzam od dzieciaka wymagać bezwarunkowego posłuszeństwa i oddania, bo to hipokryzja i znęcanie. Jeśli czasami zachowuję się w stosunku do dziecka jak fiut, dziecko ma prawo to zakomunikować, a ja muszę nauczyć się z tym żyć. Pojeli?

Na deser piosenka o "idealnym" tatusiu. Weźcie sobie do serca.


czwartek, 4 czerwca 2015

Boże Ciało z wałkiem

Nie wiem, jak u was, lecz dla mnie Boże Ciało (wraz z dniami przylegającymi) było zawsze idealnym okresem na rozpoczęcie wszelkich remontów, składań mebli, malowania. Dziś więc biegam - proszę o wybaczenie - z wałkiem w dłoni, gorsząc przy tym bogobojnych sąsiadów.

Że niby - pamiętaj, abyś dzień święty święcił? Racja. Kiedy zabieram się do remontu, to jest to zaiste święto, gdyż remontów nienawidzę całym sercem oraz najgłębszymi zakamarkami duszy. Szkoda tylko, że nie wszyscy potrafią zrozumieć mą formę świętowania, ot choćby sąsiad pod krawatem, wracający z procesji i patrzący na moje ubabrane farbą portki ze szczerym obrzydzeniem. To pewnie dlatego nikt nas nie zaprasza na sobotniego grilla. Jeszczem gotów w połowie imprezy wyciągnąć wałek i począć malować ich altanki w ogrodach.

Pogoda wspaniała, skrzynka piwa się chłodzi na wieczornego grilla, nawet notoryczne podkurwienie jakoś ze mnie uleciało (być może dlatego, że córcia do dziadków została oddana). Świętujmy.


wtorek, 2 czerwca 2015

Literówki, brak przecinkówi i inne byki

Jeszcze jedno. Zazwyczaj staram się pisać starannie, gdyż kocham polszczyznę ponad życie, więc jeśli zauważycie literówkę, brak zgody pomiędzy poszczególnymi członami zdania złożonego, deficyt przecinków lub przeciwnie - ich nadmiar..., po prostu wybaczcie.

Jestem ojcem, a to oznacza, że nie mam aż tyle czasu, by każdy akapit pieścić niczym Hemingway butelczynę whisky. Dzięki za wyrozumiałość.

Born to be wild

Ok. Zacznijmy do tego, że ojcowska miłość od pierwszego wejrzenia okazała się w moim przypadku mitem. Na pewno znacie tę tezę, że matka zaczyna kochać dziecko już w momencie, gdy się dowie, że jest w ciąży, natomiast ojciec dopiero wtedy, gdy ujrzy po raz pierwszy swą pociechę. Otóż, o ile w przypadku mojej żony (nazwijmy ją Ania) sprawdziło się to w 100% (a może nawet i w 200%, gdyż czasami wydaje mi się, że - dajmy na to Ania - pokochała - dajmy na to Oleńkę - na długo przed zagnieżdżeniem się pierwszych komórek Oleńki w jej macicy), o tyle u mnie zupełnie się to nie sprawdziło.

Niestety, jak przez mgłę pamiętam moment, gdy położne wyniosły z sali operacyjnej Oleńkę (cesarka). Spytałem się tylko, czy jest zdrowa. Położna odparła, że zrobiłem córę na dziesiątkę. Chwilę wcześniej rozmawiałem z kumplem, który chwalił się, że wieczorem wybiera się na koncert reaktywowanego Faith no More. Pomyślałem wtedy - cholerka, jak się uwinę szybko w tym szpitalu (tak, tak, ja się uwinę, nie żona, ani też nie Oleńka), MOŻE JESZCZE ZDĄŻĘ UJRZEĆ NA ŻYWO MIKE'A PATTONA. Właśnie takie myśli chodziły mi po głowie, gdy za ścianą żonie rozkrawano brzuch. Dopiero z perspektywy lat widzę, że nie miałem najmniejszego pojęcia, jak bardzo radykalnie zmienia się właśnie moje życie....

Gdy niedawno przejrzałem blogi pisane przez ojców (pobieżnie, przyznaję), ukazał mi się model ojca odpowiedzialnego, przejętego swym ojcostwem, lubiącego dawać rady, pouczenia i manifestującego bardzo odważnie swe rodzicielskie brzemię. I pomyślałem wtedy: kurwa, w życiu nie byłbym w stanie prowadzić takiej strony. Nie mam zamiaru dawać żadnych porad, ani też piać z radością, jak to cudownie się realizowałem wynosząc pieluszki. Nic z tych rzeczy. Interesują mnie raczej te momenty, kiedy ojciec autentycznie staje na skraju wytrzymałości - nerwowej, psychicznej, fizycznej. Kiedy ma ochotę się wydrzeć: pierdolę to wszystko, idę na piwo, wracam za tydzień - lecz tępe poczucie obowiązku powstrzymuje go przed tym. O tym będzie ten blog. O podkurwieniu ojca. A czasami o innych rodzicach - mamusiach i tatusiach, którzy zbyt łatwo zapominają, że człowiek nie może być tylko mamą lub tylko tatą.

Tylko nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Kocham córkę (choć przyznam, że droga do tej miłości była pokrętna) i uważam, że w rankingu tatusiów raczej ostatniego miejsca bym nie zajął, tyle że...

ojcostwo nigdy nie było stanem pożądanym przeze mnie. Nie chodzi też o to, że myślałem o nim z niechęcią. Generalnie - wcale o nim nie myślałem. Gdy dowiedziałem się, że właśnie dołączyłem do grona tatusiów, przyjąłem to racze ze spokojem. Praca jest, umowa na stałe jest, fajna mamuśka o boku jest... dobra, już mogę być tym ojcem. O Bogowie! Co ja wtedy wiedziałem o życiu? Nic!

Dzięki Ci córeczko za te liczne iluminacje, których doznałem dzięki Tobie. Czasami potrafisz wkurwić, lecz kocham Cię nad życie.

Miłej lektury.  :)