wtorek, 25 sierpnia 2015

Geny smutku

Jakiś czas temu córka podczas zabawy nagle ucichła, usiadła i schyliła główkę.
Wojciech Weiss, "Melancholik",
olej na płótnie
- Coś się stało? - spytałem.
- Nic - odpowiedziała cichutko.
- To dlaczego tak siedzisz?
- Jestem smutna.
- Ale dlaczego?
- Nie wiem - odpowiedziała jeszcze ciszej.

To wydarzenie nie daje mi spokoju. Ostatnio zaś powróciło do mnie podczas czytania książki Magdaleny Grzebałkowskiej "Beksińscy. Portret podwójny", opowiadającej o skomplikowanych relacjach pomiędzy malarzem Zdzisławem Beksińskim a jego synem Tomaszem - tłumaczem skeczów Monty Pythona, krytykiem muzycznym, miłośnikiem horrorów oraz samobójcą. Tomek odebrał sobie życie w wigilię Bożego Narodzenia 1999 roku.

Jeden fragment z książki zapadł mi szczególnie w pamięć:

To jest zupełnie bez sensu. Nienawidzę ludzi i świata, jak ci, którzy są albo ułomni, albo biedni, albo w trudnych sytuacjach. Ja nie jestem ani kaleką, ani nie narzekam na brak forsy, jestem na studiach, mam fajnych starych, mieszkanie..., więc na co narzekać? Skąd ta nienawiść? Przecież nikt mi niczego nie zrobił. Nie wiem, do licha, nie wiem. Wiem tylko, że ten jad we mnie siedzi. (fragment listu Tomasza Beksińskiego z 1 czerwca 1979 r.)

Wojciech Weiss, "Melancholik",
olej na płótnie

Nie wiem, do licha, nie wiem. Nie wiem, dlaczego akurat teraz jestem smutny, nie wiem, dlaczego wkurzają mnie ci wszyscy ludzie, nie wiem, co może zmienić ten stan. Wiem tylko, że w tej chwili jest mi źle, cholernie źle, i nic nie może tego teraz zmienić. Jak ja dobrze to znam. Generalnie, poraziło mnie, jak wiele z siebie odnalazłem zarówno u starego, jak i młodego Beksińskiego.

Wiedzcie, że teksty publikowane na tym blogu to w dużej części poza, stylizacja, zabawa konwencją. Lecz bez obaw - nie zapuszczajcie się zbyt daleko w swych domysłach; naprawdę jestem ojcem, naprawdę lubię sobie zaklnąć (lecz nie przy dziecku; staram się przynajmniej), jednak podstawowymi emocjami, które kierują mym życiem, są właśnie smutek i obawa. Potrafię bez namysłu wymienić sytuacje, w których byłem smutny, ale trudno uczynić mi to samo z momentami szczęścia. Smutek i apatia męczyły mnie już w podstawówce, nie dawały o sobie zapomnieć w liceum, chyba tylko studia przyniosły chwile wytchnienia od nich. Pamiętam, jak jakieś 8 lat temu moim największym marzeniem było zasnąć i już nigdy się nie obudzić. Lecz za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, dlaczego tak bardzo tego pragnąłem. Chwile smutku potrafię sobie przypomnieć niemal sensualnie, lecz co było ich przyczyną? Doskonale zapamiętałem także okres tuż po narodzinach córki, kiedy to popadłem w niemal książkową depresję. Skąd się to wzięło? Nie wiem. Po prostu nie wiem.

Nie umiem wam powiedzieć, co to jest szczęście. Miłość? Nie. Miłość to ciągła obawa o utratę miłości. Seks? Nie. Seks to przyjemność, a nie ukrywam, że przyjemność potrafi dać także pewna specyficzna odmiana smutku. Zatem co? Przyjaźń? Nie posiadam zdolności podtrzymywania przyjaźni. Więc może wiara? Dajmy sobie spokój. Jeśli wiara może dać nam szczęście, to tylko po śmierci, a i to jest wątpliwe.

No dobra - a co to jest smutek? To brak kolorów, nawet w najbardziej słoneczny dzień. Ból w mięśniach, osłabienie ciała, nieumiejętność bycia z kimś i samemu ze sobą. Zaś skrajny smutek to neurotyczne czekanie na koniec świata, który i tak nigdy nie nadejdzie. Swoją drogą, nie bez powodu najlepszy film o depresji ostatnich lat - "Melancholia" Larsa von Triera - opowiada właśnie o zagładzie Ziemi.

Zatem czytam, jak to Zdzisław Beksiński zaraził mimochodem swoimi fobiami syna Tomka i,
siłą rzeczy,
Zdzisław Beksiński, bez tytułu, olej
zastanawiam się nad przyszłymi relacjami między mną a moją córką. Nie chcę, by w wieku, dajmy na to, trzynastu lat odkryła w sobie ten gen smutku, bo to autentycznie nic fajnego. A ostatnimi osobami, które potrafią wtedy pomóc, są najbliźsi. Siedzisz zmęczony, zaspany, sfrustrowany, najprostsza czynność jawi się niczym wysiłek godny Herkulesa, a na sobie czujesz wzrok innych. Niemal możesz odczytać ich myśli - znowu się stylizuje na dekadenta, niedorobiony artycha jeden. Pytają się: co ci jest? A ty nie umiesz odpowiedzieć. Przez to, że tego nie umiesz, smutniejesz jeszcze bardziej, bo czujesz, że sam byś nie wytrzymał z kimś takim jak ty. No i nie wytrzymujesz.

Dlatego nie chcę, by to obciążenie genetyczne spadło na moją córkę.

Wydaje mi się, że, gdy jesteśmy ze sobą, mała nie ma zbyt wielu okazji, by dostrzec we mnie tę skazę, bawimy się, tańczymy, wygłupiamy do muzyki, zazwyczaj jest uśmiechnięta, a odkąd obejrzała "W głowie się nie mieści", lubi powtarzać, że ma w głowie radość. Jednak dwa lub trzy razy przyłapałem ją na byciu smutną zupełnie bez powodu. Cóż, chcemy czy nie chcemy, widocznie troszkę życie swym dzieciom zjebać musimy.

PS. W ostatni weekend mała dopadła książkę o Beksińskich i zaczęła się przyglądać obrazom Zdzisława Beksińskiego, umieszczonym we wkładkach. Chyba jej się spodobały, bo chciała jeszcze więcej - jak to powiedziała - strasznych obrazóóóów! Mam się bać?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz