wtorek, 28 lipca 2015

Przerwa

Wpisów ostatnio mało, bo i ochoty na pisanie nie mam. Znaczy - wakacje. No i nie jest tak źle. Prócz ohydnego obrazu, który wisi na ścianie naszego pokoju. Chętnie bym go Wam pokazał, lecz - kto wie - może właścicielka tego lokum też mnie czyta, a nie chcę, by się kobiecie zrobiło przykro.

W każdym razie polska morska plaża wygląda pod koniec dnia tak:

Muszę też oddać córce, że jest wyjątkowo grzeczna. Tyle tego cholerstwa z prawej i lewej - baloniki, maskotki, karuzele, ciuchcie, samochodziki i jeszcze jakieś dziwne kucyki, na których dzieciaki jeżdżą po całej promenadzie, a ona nic, albo biega, albo siedzi w wózku i niczego nie wymusza. Słodka mała.

O! Teraz na chwilę się przebudziła. Zaraz będzie dupa z pisania... Nie. Spojrzała, uśmiechnęła się i śpi dalej. 

Chyba serio wypoczywam, nawet ten obraz na ścianie mnie jakoś mniej dziś razi. Po wakacjach go Wam pokażę. 

Co prawda  nie tutaj z kim pogadać, ale też nie o gadanie chodzi. Udało się zapomnieć te wszystkie pierdoły, które wkurzają w pracy i w domu, a to już sukces.

 Pozdrawiam i wracam do nic nie robienia.

P.S. Przed chwilą zza ściany było słychać poranną rozmowę sąsiadów. Zrozumiałem tylko "zamknij, kurwa, ten ryj". Chyba ktoś wstał lewą nogą.

środa, 22 lipca 2015

Wakacje frustrata

Z filmu "Wakacje" Harolda Ramisa
Czasami wydaje mi się, że Adaś Miałczyński to wzór i ostoja zdrowia psychicznego - gdy tylko porównać go ze mną. Wrażenie to nasila się wyjątkowo mocno tuż przed urlopem. Wiele znajdę powodów, by szarpać się całymi nocami ze swą udręczoną przedwakacyjną duszą. Wszystkie te rozważania można by zbyć śmiechem, gdybym jechał na wakacje sam, ewentualnie tylko z żoną. Lecz jedziemy z trzyletnią córką. I choćby z tego powodu wszystko się może podczas urlopu wydarzyć.

Obawa pierwsza: po drodze samochód się spieprzy. Wiem, wiem, Europejczyk gardzi wakacjami, na które musi jechać własnym autem. Cóż - w tym roku (i w kilka poprzednich zresztą też) jedziemy nad Bałtyk. Dlatego też kolejną igiełką w me serce są powszechne doniesienia, że nad polskie morze to tylko wiejskie sznurki zaiwaniają. Skoro tak, musicie przyjąć do wiadomości, że czytacie blog wiejskiego sznurka. Przykro mi.

Zatem - psuje się samochód. Dlatego przed wyjazdem zawsze oddaję auto do mechanika, by ewentualne usterki wyeliminował. O dziwo, za każdym razem jest ich więcej, niż pierwotnie zakładałem. Wiąże się to zawsze ze sporymi i nieprzewidzianymi kosztami, to zaś z kolei powoduje nadszarpnięcie (i tak niewielkiego) urlopowego budżetu. No i wkurw gotowy. Już widzę oczyma wyobraźni, jak szczędzimy na wszystkim nad tym pieprzonym morzem. "Tata! Chcę balon! Tata! Pić! Tata! Autka! Tata! Wata". Srata-tata, w dupę jebana, za przeproszeniem, mać! Nastawiają tego cholerstwa od Suwałk po Niemcy, a ty się z dzieciakiem szarp. Potem dochodzi jeszcze żonka szczebiocąca, że można by pojechać jeszcze tutaj, jeszcze tam, a jak już tu jesteśmy, to można jeszcze tę fajną knajpkę, wiesz, odwiedzić. Idziemy na plażę? Fajnie! Trzeba tylko dzieciakowi zabrać jedzenie i picie, sobie jedzenie i picie, z 7 babskich gazet, leżaczki, zabawki, ciuchy na przebranie, 4 ręczniki, no i dzieciaka. Bez dzieciaka się nie liczy. I już nawet nie chodzi o to, że to wszystko kosztuje. Zgadnijcie za to, kto te wszystkie cuda będzie targał?

Po tym wszystkim masz ochotę wieczorem na jedno, małe, chłodne piwko. Ewentualnie sześć. Wtem słyszysz: "No tak! Dziecku odmawiasz, ale sobie to już nie szczędzisz!". Więc pijesz szybko to jedno piwko, które czasami 12 zł potrafi kosztować, i wracasz do pokoju.

A już zupełnie fajnie jest wtedy, gdy tak w połowie drogi na miejsce wypoczynku żonka powie: "Wyłączyliśmy żelazko?". Dzwonisz wtedy do kogoś z najbliższych, by w wolnej chwili podskoczył do domu (klucze zostawione w pewnym miejscu) i sprawdził, czy wszystko ok.

Lecz to i tak nie załatwia sprawy. Ponure myśli krążą: A jak przyjdą nawałnice i nam chatę pod naszą nieobecność zaleje? Dach zerwie? Drzewo na nią spadnie? Tir się wpieprzy w mur? Wszystko się może zdarzyć. Albo inaczej: przecież mała od tej szemranej bałtyckiej wody może dostać jakiejś wysypki na całym ciele. I weź tu szukaj, chłopie, specjalisty.

No i gwóźdź programu, czyli myśli pod tytułem "Ciekawe, czy w pracy wszystko w porządku". Ja tu sobie leżę plackiem, a tam, cholery jedne, kombinują, jak mi etat obciąć. Wrócę po dwóch tygodniach i okaże się, że wakacje mi się baaardzo wydłużyły, tylko trzeba sobie rezerwację zrobić w Urzędzie Pracy.

No nic. Trzeba zacisnąć zęby i wypocząć. Może choć trafią się jakieś fajne kobitki, które będą propagować zacną i chwalebną modę na opalanie się bez staników. Lecz, jak znam moje szczęście, pewnie trafię na 60-letnią Niemkę.

I tak miną dwa tygodnie, a pod koniec będę myślał: szkoda, że już po. Tak fajnie było.

czwartek, 16 lipca 2015

Powody, dla których jednak warto mieć dzieci

Kadr z filmu "St. Vincent" w reżyserii Theodora Melfiego
25 powodów, by trzymać się od dzieciaków z dala, poznaliście TUTAJ. Był też kulinarny suplement, a po nim dość pesymistyczne ostatnie trzy powody. W sumie 29 najróżniejszego ciężaru gatunkowego powodów, by na dobre zaprzyjaźnić się z kondomami. Czas wreszcie się przemóc i napisać listę alternatywną, której zadaniem będzie was przekonać, że jest i druga strona medalu. Nie obiecuję, że będzie aż 29 powodów, lecz zrobię wszystko, co w mojej mocy, by było ich chociaż 10 :D

Do dzieła:

  1. Tylko posiadając dzieci, jesteś w stanie zrozumieć, o co tak naprawdę chodziło Kubrickowi w "Lśnieniu", Lynchowi w "Głowie do wycierania", Polańskiemu w "Dzecku Rosemary", Friedkinowi w "Egzorcyście"... W sumie niezbyt fortunny dobór tytułów. Ok. Jedziemy dalej.
  2. Może ludzie z dziećmi mają nudniejsze soboty, lecz za to w niedzielę nie muszą leczyć kaca. Dobra, chyba nadal słabo.

piątek, 10 lipca 2015

O tak zwanej "polityce prorodzinnej"

Nie jest to nowy tekst. Napisałem go w lipcu 2013 na innym blogu - nie ważne jakim. :) Ciekawi mnie tylko, czy nadal jest aktualny. Czekam na opinie:



„Polityka prorodzinna” zatem… Właściwie to nie wiem, dlaczego silę się na ironię, pakując to wyrażenie w cudzysłów. Przecież polska polityka prorodzinna doskonale funkcjonuje i daje o sobie znać w wielu, często zaskakujących sytuacjach.
To właśnie jej echa wzbudzają wyrzuty sumienia u polskich samców, kiedy zakładają na siebie prezerwatywy. Ona też stoi za godną najwyższej pochwały i czci troską o embriony bestialsko zamrożone w laboratoriach ZŁYCH LUDZI, bawiących się przy pomocy in vitro w Pana Boga.

wtorek, 7 lipca 2015

Praca. Szkoła. Świat. Ostatnie trzy powody, dla których lepiej nie robić dzieci

Dziś, przyrzekam, ostatnie trzy powody, dla których lepiej odpuścić sobie ojcostwo. Będzie krótko i - niestety - poważnie:

27. Zwolnienie z pracy - psychologowie podkreślają, że obok śmierci bliskiej osoby oraz rozwodu, utrata pracy jest jednym z najbardziej traumatycznych doświadczeń w naszym życiu. Tyle że... owo doświadczenie zawsze jest odrobinę mniej traumatyczne, gdy nie posiadasz dzieciaków i nie musisz być skazany na tłumaczenie, że w najbliższym czasie tatuś nie będzie kupował słodyczy, zabawek ani zabierał do kina. Dlaczego? Bo redukcja etatów, bo cięcia budżetowe, bo spierdoliło się sprawę... Nawet teoretyczne wymienianie tym podobnych powodów jest upokarzające. A przecież dzieciaka nie powinno obchodzić, że żyjemy w kraju, który daje dość chujowe poczucie bezpieczeństwa w tejże materii.

28. Potencjalne piekło polskiej edukacji - nigdy nie będziesz mieć stuprocentowej pewności, czy twoje dziecko przynajmniej nie otrze się o historię, którą można przeczytać tutaj: SAMOBÓJSTWO GIMNAZJALISTY. O urokach polskiej edukacji równie dobitnie opowiada utwór poniżej:

Na szczęście nie miałem w życiu przyjemności poznania instytucji gimnazjum, lecz już ostatnie lata podstawówki wyrobiły we mnie pewnie przekonania i odruchy, dzięki którym nawet najbardziej wypomadowana ciota z parady równości jest mi bliższa od skurwieli z mojej klasy. A jedyny stuprocentowy sposób, by oszczędzić swemu dzieciakowi tym podobnych "przyjemności", to go nigdy nie spłodzić.

Z punktem 28. ściśle wiąże się kolejny:

29. Ten świat to chujnia. Pewnie, że można znaleźć kilka pozytywnych spraw - odwzajemnioną miłość, udany seks, podróże, dobre książki, dobrą muzykę, wiosnę i jesień, i tak dalej. Jednak, poza tym, ten świat to dzieło kompletnego partacza. Pełen głupoty, chamstwa, nienawiści, hipokryzji, przemocy, nietolerancji, ogromnych nierówności społecznych, głodu, choroby, wojny. Żyją na nim ludzie, którzy potrafią odciąć żywemu człowiekowi maczetą głowę, a potem film z tego zdarzenia wrzucić do sieci. Inni zaś potrafią szanować obrazki, krucyfiksy, dni postu i święta, lecz nie potrafią uszanować drugiego człowieka. Jeszcze inni kochają wolność, kosmopolityzm, lecz nie potrafią uszanować tego, że ktoś inny odnajduje sens życia w wierze. Ludzką potrzebą wiary i religii doskonale za to kupczą panowie bez żon i dzieci, którzy lubią chodzić w sukienkach, przepraszam - sutannach. Stoją w sutannach na środku ołtarza i mówią, że żaden facet nie powinien pokazywać się w sukience w miejscu publicznym, chyba że jest księdzem lub Szkotem. I tak dalej, i tak dalej.

Wybaczcie ten koszmarny wywód, lecz ostatnimi czasy wyjątkowo często się zastanawiam, czy sprowadzając kolejne dzieci na ten padół łez, nie sprawiamy im przypadkiem ogromnej krzywdy. Bo niby co mamy dla nich do zaoferowania? Gówniane żarcie, gówniane relacje międzyludzkie, kilka ekranów naokoło, nieustanną inwigilację i darmowe porno. I jeszcze przy tym wszystkim chcemy, by wyrośli na porządnych ludzi. Jak śpiewał klasyk - ludzkość to debil.

Dziękuję za uwagę.

sobota, 4 lipca 2015

NA TRZECIE URODZINY

Córcia niedługo kończy trzy lata. Przyznam, że były to najbardziej ekstremalne trzy lata w moim życiu. Pewnie dlatego chodzi za mną jeden wiersz Marcina Świetlickiego. Rodzice! Kto z was ani razu nie miał podobnych refleksji, niech pierwszy rzuci kamieniem:

TRZYLATEK

Dziecko, powszechnie znielubiony demon.
Niezły w abstrakcji, w konkrecie fatalny.
Nie odpowiada ładnie na pytania.
Czai się. Kombinuje wymyślne tortury
skacowanym dorosłym. Odrobinę przydatny
jedynie politykom i ich fotografom
nadwornym. Udręczone koty
i psy. Ostra czułość. Granica gdzie czułość
łączy się z uduszeniem. Wstydliwa niezmiernie
duma rodziców, obiekt infantylnych
klimakteryjnych estetycznych uniesień
różnych pań (lecz niektóre z tego pokolenia
reagują odmiennie, gotowe są zabić).


Czy już go ochrzciliście?

Sto lat, młoda!!!

czwartek, 2 lipca 2015

SUPLEMENT: 26. powód, by jednak pozostać bezdzietnym

Jeśli ktoś jeszcze nie widział samodzielnie jedzącego dwulatka, ten zaiste nie ma pojęcia jak wygląda apokalipsa. Dajesz dzieciakowi makaron z sosem, wszystko drobniutko posiekane, by dziecię nie miało problemów z konsumpcją. I co z tego, skoro już po dwóch minutach żarcie jest wszędzie, dosłownie wszędzie... prócz jamy ustnej malucha. Policzki, włosy, ręce, ciuchy, krzesło, stół, podłoga kompletnie zafajdane; ilość pokarmu w żołądku dzieciaka - praktycznie zerowa.

Rok później jest już lepiej, lecz odgadnąć, na co akurat dziecię ma ochotę, to nawet ci ezoteryczni wróżbici z telewizji by nie potrafili.

- Tataaaa...!
- Co, córcia?
- Coś chcę...
- A co?
- Nie wiem. Coś! - mówi smarkula, patrząc się na mnie jak na przygłupa.
- Paróweczkę? Paróweczkę ma tatuś zagrzać?
- Nie! Coś! Inne coś! - i nadal się patrzy jak na dziecko specjalnej troski.
- Coś! Coś! Ale co??!! - a w myślach jak tykanie zegara: kurwakurwakurwakurwamać! Wreszcie wydobywam z siebie entuzjastycznie: - To może zapiekanki!!! Co?
- Ziapiekanki?... - rozważa mała z takim skupieniem, jakby się zastanawiała, czy pożyczyć pieniądze Grekowi - Ziapiekanki...? Mogą być.

No! Udało się. Borę dwie skibki chleba, między nie wkładam szyneczkę, trochę sera, trochę ketchupu, wkładam do tostera. Zapiekanki się grzeją, dziecię czeka przy swym stoliku, sytuacja opanowana. WTEM!!!:

- Tataaaaa...!
- O co chodzi,córcia?
- Juź nie chcę...
- Ale przed chwilą jeszcze chciałaś!!! - i tak patrzę na nią. Patrzę i co widzę?  Że smarkata ma cały pyszczol w czekoldzie. W czekoladzie buźka, w czekoladzie ręce, w czekoladzie bluzka, spodnie, stół, krzesło, podłoga. A na deser - niczym wisienka na torcie, roztopiona czekolada na obiciu fotela!
- Skąd masz tę czekoladę?
- Od babci - i się śmieje. No tak, dziadkowie rano byli w odwiedzinach, dali małej czekoladę, a ta przezornie schowała gdzieś na czarną godzinę - Chcieś?
- Nie chcę. A kto zje zapiekanki?
- Ty tato!

Pjawda, źe ulocie?

środa, 1 lipca 2015

A CO JEŚLI TWOJA CÓRKA BĘDZIE LESBIJKĄ

- Teraz to łatwo ci mówić, ale ciekawe, jakbyś zareagował, gdyby się okazało, że twoja córka jest lesbijką - taki oto mądraliński argument dość często słyszę, gdy mówię otwarcie, że małżeństwa par homoseksualnych w ogóle mnie nie bulwersują. Chcą się hajtać, niech się hajtają, dlaczego ma być im lepiej od nas. Poza tym, śmieszy mnie sytuacja, kiedy 95% społeczeństwa zastanawia się, jak powinno żyć pozostałe 5%.

Szczególnie zabawni są ci wszyscy prawilni faceci, którzy całymi dniami pieją, jak to pięknie i zacnie być silnym i sprawnym heteroseksualnym samcem, by wieczorem, gdy żonka pójdzie spać, zrobić sobie dobrze przy filmiku z lesbijskim dymaniem.

Tak. Mniej więcej w tym momencie ktoś zawsze zapodaje argument, który wydaje mu się ostateczny: "Ciekawe, czy byłbyś taki mądry, gdyby twoja córka się okazała lesbijką". I przyznam się, że serio nie mam wtedy pojęcia, jakiej odpowiedzi taki poteflon oczekuje. Może myśli, że powiem tak: "Generalnie to nic nie mam do homosiów, ale jakby tak córka mi na lesbę wyrosła, to bym z chaty wypieprzył na ten lesbijski pysk - w najlepszym wypadku. W najgorszym wywiózł do lasu i kazał dół wykopać".

Ludzie, porypało Was? Miłość ojca do córki ma być warunkowana jej orientacją seksualną? Jaką ograniczoną amebą trzeba być, by tak w ogóle pomyśleć. Odpowiem jednak raz i starczy: Na dzień dzisiejszy zupełnie mnie wali, czy mała wyrośnie na homo, hetero, bi, sri, czy wyznawcę potwora spaghetti. Byleby była szczęśliwa. Zadowoleni?

Swoją drogą smutne to czasy, kiedy rodzicom łatwiej się przyznać, że ich syn siedzi w pierdlu za kradzież, niż zaakceptować córkę lesbijkę.

Tyle w temacie.

PS. Obok moja spontaniczna wypowiedź przy okazji całej tej afery z Matką Boską Tęczową, którą wywołały Sztuczne Fiołki. Co ciekawe, tego samego dnia kilka osób odlajkowało mój fanpage na Facebooku. Kto by pomyślał, że światło rozszczepione przez pryzmat może wzbudzić tak wielkie oburzenie. Wszystkim urażonym mówię głośne: Do roboty, a nie ludziom w życie prywatne się wpierdalać!