środa, 5 października 2016

Nieznane zalety przekleństw

Sprawa kłopotliwa: otóż córka, mimo nad wyraz bogatego zasobu słownictwa (jakżeby miało być inaczej, fakt posiadania takiego starego zobowiązuje), ma problem z poprawnym wyartykułowaniem "r". Wszak przyłożenie czubeczka języka do górnych dziąseł i wprawienie go w ruch (lub jak chce Wikipedia: zetknięcie języka z dziąsłami w periodyczny sposób), przepuszczając przy tym powietrze tak, by poruszyć struny głosowe, do najłatwiejszych nie należy. Dlatego generalnie przymykamy oczy na te "lowelki", "cukielki" i inne "plecelki", licząc, że pewnego dnia młoda sama dorośnie do tej wyjątkowo trudnej spółgłoski.

Ostatnio jednak okazało się, że frustracje, które przynosi praca, mogą służyć jako doskonała pomoc logopedyczna.


- Cześć, dziewczyny! - wracam jednego dnia z pracy do domu.
- Cześć, tatuś! Cześć, mężu! - krzyczą córka i żona, obydwie w kuchni.
- Jak tam w pracy? - pyta ta druga.
- A, lepiej, kurwa, nie pytaj.
- Och! - chwyciła się za głowę córcia. - A tata powiedział "kurwa"! Nie wolno tak.
- Jak? - pytam się odruchowo.
- No: kurwa - rezolutnie odpowiada młoda.

Ja wiem, że to wcale nie jest śmieszne, że patologia, skandal i tak dalej, ale oto pierwszy raz usłyszeliśmy, jak córka przeklina. I co zrobili odpowiedzialni rodzice? Zagryźli języki, by nie wybuchnąć śmiechem, bo to jednak, kuźwa, zabawne, odkryć ów dysonans pomiędzy niewinną urodą czterolatki a tym wulgarnym określeniem.

Wróć, skłamałem. Nie był to pierwszy raz. Lecz poprzednio córka użyła dużo łagodniejszego słowa, no i, co tu dużo mówić, użyła go w pełni uzasadnionym kontekście. Otóż, gdy Ola miała niecałe dwa lata, odkryła, że gdy krzyknie: MAMA! TATA! KUPA!, momentalnie zrywamy się z łóżka, choćby była dopiero 3:00 nad ranem. Młoda szybko wyczuła ten mechanizm i zaczęła go nadużywać, a my tak samo szybko zauważyliśmy, że nie każdy alarm KUPA!!! faktycznie kupę oznacza.

No i pewnego dnia, młoda podchodzi wcześnie rano do mojego łóżka i mówi: "Tata, muszę kupę", ale mówi tak cichutko, jakby faktycznie bała się mi przeszkodzić.
- Daj spokój, Ola. Jest 5:00 rano. Wiem, co ci chodzi po głowie. Już mi spać! - zakomenderowałem, odwróciłem się na drugi bok i usłyszałem, jak mała udaje się do swego pokoju.

Po dwóch minuta jednak wraca: - Tatuś, kupa - ponownie zaczyna, a ja ponownie odpowiadam: - Ola, nie nabiorę się. Wiem, że po prostu chcesz, bym już wstał. Ale ja chcę się wyspać. Marsz do łóżka! - i mała znów wróciła do swego pokoju.

Już myślałem, że sprawa załatwiona, już odpływałem w objęcia Morfeusza, gdy nagle JEB! przez głowę. Otwieram oczy, a tam nade mną stoi Ola, mówiąc zdecydowanie bardziej stanowczym głosem: OJCIEC! BO SIĘ ZESRAM!

Gdybyście widzieli, jak wyskoczyłem. Oszczędzę wam detali, lecz tym razem to nie był fałszywy alarm. Za "zesram" córka nie dostała reprymendy, gdyż uczciwie uznałem, że okoliczności ją tutaj usprawiedliwiły.

Ale wróćmy do "kurwy":
- Ola! - rozpoczęła żona, patrząc na mnie złowrogo - nie wolno tak mówić...
- A tata mówi... - sami powiedzcie, jak z tym polemizować, lecz jakiś zły duch mnie podkusił:
- Niby jak mówię?
- No, ku...
- Dość! - stanowczo zakomenderowała żona. - Dorośli ludzie czasem tak mówią, gdy są zdenerwowani lub są źli. Ale to bardzo brzydko i dlatego nie wolno tak mówić. Zrozumiałaś? - spojrzała małej głęboko w oczy i wróciła do krojenia warzyw na sałatkę.
- Ale ja też jestem czasami zła - odpowiada córka - i co, ja nie mogę?
- To jest tak - wtrącam się - że to słowo oznacza coś bardzo, bardzo brzydkiego, i można go używać tylko wtedy, gdy jesteśmy bardzo, ale to bardzo źli, i gdy nikt nas nie słyszy.
- Kazika wszyscy słyszą - młoda nie daje za wygraną.
- Jakiego Kazika? - pytam zdezorientowany.
- No, tego: wy-je-cha-li-na-wa-ka-cje - zaczyna śpiewać "Gdy nie ma dzieci" Kultu.
- Masz rację, Olu, masz rację... - zastanawiam się chwilę. - Ale Kazik jest artystą, a artysta musi czasem użyć takiego słowa, aby podkreślić to, co chce przekazać. Tak czy owak, dzieciom i nie-artystom nie wolno tego mówić. Co prawda, ja tak dziś powiedziałem, ale bardzo cię za to przepraszam, bo nie powinienem i obiecuję, że już nigdy tak nie powiem - (terefere myślę sobie).

Wtedy słyszę nagle brzęk tłuczonego szkła i głośny jęk: - Nosz, kurwaaa... Podnoszę wzrok i widzę, że żonie spadł słoik z papryką konserwową na podłogę. Nastała cisza.
- Nie wolno tak mówić - przerywa ciszę Ola.
- Jak? - pytam się jej kontrolnie.
- Wy już wiecie jak...

Dopiero, gdy już położyliśmy małą spać i usiedliśmy przed telewizorem, odkryliśmy ze zdumieniem, że Ola nie powiedziała "kulwa" ani "kujwa", lecz najbardziej soczyste "kurwa" z możliwych, z pięknie wyartykułowanym, czysto brzmiącym "r".

Z jednej strony nie polecam tego typu metod logopedycznych, z drugiej zaś - kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Bo "kurwą", rzecz jasna, nie wolno.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz